W żłobku Synek [14M] nabawił się zapalenia siusiaka.
Nie wiem jak oni tam dbają o higienę ale prawdą jest to, że stało się to właśnie w żłobku a nie gdzie indziej.

Na początku siusiak był twardy i napuchnięty z jednej strony. Później kolorem i twardością przybrał formę rzodkiewki. W żłobku powiedzieli, że mamy nie wracać dopóki tego nie wyleczymy. Jakby to była nasza wina.

No ale był problem. Synek bardzo dzielny ale widać było, że boli go przy dotyku. Późnym wieczorem zaczęła nas trochę ogarniać panika. Zdobyliśmy już adresy ostrych dyżurów. Oczami wyobraźni widzieliśmy skalpele, wytrychy, nożyce i te wszystkie straszne narzędzia chirurgiczne, poukładane w sterylnym porządku i czekające na swoją kolej.

Regułą jest to, że w sytuacjach paniki ciężko jest myśleć. W większości przypadków trzeba po prostu złapać oddech i pomyśleć. Odpaliłem komputer i zacząłem szperać po forach. Jak zwykle okazało się, że ile wpisów tyle dobrych rad. Głównie wypowiadały się mamy. Wachlarz pomysłów od stulejki do stołu operacyjnego. Po godzinie wiedziałem tyle, że na 5 podobnych przypadków znalazłem 5 rozwiązań.

Postanowiliśmy poczekać jednak do rana i zobaczyć co się stanie. Postanowiliśmy też wstrzyknąć pod skórkę napletka małą strzykawką rivanol i zrobić rivanolowy okład z gazy.

Następnego dnia lekarze powiedzieliby, że sytuacja ‚ustabilizowała się’. Wieczorem drugiego dnia obrzęk zaczął pomału ustępować a purpurowy kolor też jakby zaczął blednąć. Przemywanie i okłady powtarzaliśmy rano i wieczorem.

Po paru dniach po zapaleniu nie było śladu.
Jakby co, odpukać, polecam tę metodę. Bądź co bądź to domowy sposób, który Synka kosztował najmniej stresu.