tatablog.pl

czyli spojrzenie Taty na całe to zamieszanie

Archiwum: Grudzień, 2008

Na samym początku…

Muszę przyznać, że nasza decyzja o ciąży była bardzo świadoma. Myślę, że jest masa pobudek, jakie kierują ludźmi przy podejmowaniu takiej decyzji. Wg mnie trzeba do tego dorosnąć. Dzięki temu jest się bardziej, hmm… bardziej gotowym na to co ma nadejść.

Chociaż wiele się o tym mówi, nikt nie jest w stanie wyobrazić sobie jak to jest być rodzicem, dopóki nim się nie stanie. Czasem po fakcie okazuje się, że z jakiegoś powodu to jednak nie to. Bo z jakiegoś powodu rodzice nie byli gotowi. Dlatego wg mnie lepiej, żeby decyzja była świadoma.

Niezależnie od wieku w jakim podejmuje się decyzję chęci zostania Rodzicem, ważne byśmy sobie wyobrazili tę sytuację, kiedy już będziemy odpowiedzialni za młodego człowieczka. W dodatku naszego potomka! Kiedy staniemy się jego nauczycielami, i ciężko będzie wygospodarować czas dla siebie.

Prawdą jest to co mówią wszyscy rodzice pierworodnych.
Zmienia się. Bardzo wszystko się zmienia. Dla jednych na lepsze, dla innych na gorsze. Dla wszystkich za to na inne.

Basen, pływanie, skoki i nurkowanie

Od pierwszych dni swojego życia Synek ma aktywny kontakt z wodą. Wg mnie to dobrze, bo nie przeżywał szoku, kiedy woda lała mu się po twarzy i kiedy niechcący dał nura w wanience.
Poza tym z Mamą bardzo lubimy wodę. Mama nawet bardziej. Spędziła w niej masę czasu pływając i nurkując gdzie się dało.

Dlatego naturalnym dla nas krokiem jest nauka naszego Synka kontaktu z wodą.

Ze względu na nasz klimat mamy niestety bardzo mało możliwości korzystania z wody w jej naturalnych warunkach. Mówię oczywiście o komfortowych warunkach, ponieważ mam totalnie gdzieś potrzebę bycia morsem. Mamy zatem do wyboru: albo jechać tam gdzie woda jest ciepła albo iść na basen. Oczywiście wolę to pierwsze ale ponieważ mieszkamy w Polsce ciężko tu mówić o regularności.

Aby Synek miał regularny kontakt z wodą chodzimy a raczej Mama chodzi z nim na basen.

Basen ma swoje plusy i minusy. Oczywistym plusem jest jego dostępność a minusem są jego warunki higieniczne. Istnieje też szansa spotkania w basenowej wodzie czegoś, przy czym spis wirusów jakich nosicielem jest przeciętny tajski transwestyta wydaje się zwykłym katarem.

Na szczęście z czystością wody w basenach jest coraz lepiej, ozonowanie wody wypiera chlorowanie, są filtry, uzdatniania, stała kontrola sanepidu, itd. Nie jesteśmy zresztą typem rodziców, którzy zamartwiają się na zapas. Do tej pory nie było żadnych problemów. Jeśli pojawią się problemy zmienimy basen.

Jeżeli są takie możliwości to bardzo polecam szkołę pływania dla niemowląt. Którą wybrać? Jest ich kilka i najlepiej porozmawiać z rodzicami, którzy już tam chodzą. Zajęcia są dopasowane odpowiednio do wieku. Jeśli miałbym je oceniać to uważam, że jest to rewelacyjny sposób na naukę koordynacji ruchowej, poczucia bezpieczeństwa, oswajania się z wodą i swoimi możliwościami w jednym.

Pierwszy raz Synek poszedł na takie zajęcia, kiedy miał 3 miesiące. Teraz chodzi tam co tydzień. Od samego początku zajęcia były prowadzone razem z rodzicami. To super, bo wzmacniają u dzieci poczucie bezpieczeństwa. Zajęcia są bardzo rozwojowe ale najważniejsze jest to, że oswajają z wodą. Dzięki temu już paromiesięczne dzieciaki wiedzą, że woda ich nie rozpuści. Wszystko jest ok.

Dzisiaj Synek [17M] sam skacze do wody i pływa w założonym kierunku (oczywiście w rękawkach).

Zuch z niego!

Czas na żłobek?

Nasz Synek jest towarzyski. Jest też indywidualistą co nie oznacza, że nie lubi innych dzieci. Lubi interakcję i jak coś się dzieje. Jest otwarty, ufny i śmiały.

W czasie, o którym mowa niżej Synek zostawał już na całe dnie z Opiekunką oraz parę razy na tygodniowe wakacje u Dziadków. Nie było większych problemów.

Na żłobek cieszyła się głównie Mama. Plan był następujący: po powrocie z wakacji Mama wraca na część etatu do pracy a Synek [14M] idzie w tym czasie do żłobka. I to oddalonego o 4 minuty spaceru. Idealnie, biorąc pod uwagę, że miejscówka była zaklepana. Czy mówiłem, że w żłobku publicznym?

Po dwóch dniach szlochania… hmm, raczej dławienia się łkaniem, opuchnięta na twarzy Mama powiedziała, że więcej nie jest w stanie brać w tym udziału.

Trzeciego dnia poszedłem z Synkiem oddać go na przechowanie. W przebieralni nie było problemu. Pozwolili mi nawet wejść z nim na poligon. Wyobraźcie sobie dwoje chodzących dzieci, pełzającą w różnych kierunkach piątkę, do tego dwójkę w takich bujakach i kolejną dwójkę, której z niewyjaśnionych przyczyn udało się zasnąć.

W sumie jedenaścioro z czego dziewięcioro ryczało. To wszystko kontra dwie przedszkolanki, starające się bardzo podniesionym głosem zagłuszyć ten horror.
Nie zrozumcie mnie źle. Kobiety chciały nawet dobrze. Ale co one biedne mogą we dwójkę?

Posiedziałem parę minut zobaczyć do czego to w ogóle zmierza. Synek w huśtawkowym nastroju trzymał się blisko. Powiedziałem mu z teatralnym uśmiechem na twarzy:
Synku, ja idę a niedługo przyjdzie po Ciebie Mama.
Ryk.
Macham przyjacielsko przez szybkę.
Ryk.
Przedszkolanka stara się zaabsorbować go czymś za oknem (plus dla niej).
Inna zasuwa ze szczękiem za mną drzwi.
Kurtyna.

Po odbiorze Synka ze żłobka Mama udawała krzątaninę, ja udawałem, że jest malinowo. Tłumaczyłem, że parę godzin tam nie jest w stanie uczynić spustoszenia.
Piękna historia. Serce w strzępach.

Ponieważ w momencie ‘zdawania’ jak i odbierania Synek płakał, zastanawialiśmy się czy wbrew zapewnieniom przedszkolanek płakał tam cały czas? Wszystko trwało półtora tygodnia. Synek zauważalnie stał się bardziej nerwowy. Po tym czasie ‘uratowało’ nas zakażenie jego siusiaka. Przedszkole powiedziało, że musimy to wyleczyć, inaczej nas nie wpuszczą.

Więcej tam nie wrócił.

Nadal uważam, że żłobek czy przedszkole są dobre i potrzebne. Tylko może nie w tym momencie. Albo nie w takiej formie.

Rozmawiamy z Synkiem

Zupełnie nie wiem dlaczego nasi znajomi nie rozmawiają ze swoimi dziećmi. Mają dzieci w podobnym wieku do naszego Synka, nawet trochę starsze. Często jedyna ‘rozmowa’ na jaką ich stać to jakieś absurdalne zakazy. Nie wchodź tam, nie dotykaj tego.
Równie dobrze można podciąć dzieciom ścięgna. Nie będą wtedy zbyt daleko odpełzały i na pewno niczego nie dotkną.

Dlaczego tak robią? Myślę, że z lenistwa. Z jakiegoś powodu zapomnieli, że dla swoich dzieci są najważniejszymi nauczycielami. Że od najwcześniejszych chwil powinni z nimi rozmawiać, opowiadać i uczyć. Nawet jeśli dziecko jeszcze nie umie mówić to uczy się. Strasznie szybko się uczy, zaczyna rozumieć i kojarzyć.

Rozmawiając z Synkiem widzę z dnia na dzień jak zaczyna rozumieć coraz bardziej złożone zdania. Pod koniec dnia, kiedy opowiadamy sobie wydarzenia z dnia, widzę jak szuka ich w myślach i stara się po swojemu je nazywać. To znaczy, że w dodatku zaczyna się posługiwać pamięcią.
Super.

Zamiast mówić ‘nie dotykaj tego!’, tłumaczmy Synkowi dlaczego ma nie dotykać. Bo gorące, bo ostre i niebezpieczne. Nawet jeśli nie załapie od razu to zaczyna mu się kojarzyć z tym jakaś historia. Później, kiedy znów będzie chciał dotykać znów wytłumaczmy. I co dalej? Jesteśmy konsekwentni. Jeśli na coś rzeczywiście nie pozwalamy to nie pozwalamy. Zabieramy z jego zasięgu (jeśli się da), mówimy stanowczo, że to jeszcze nie dla niego. Nie ma odstępstw. Najważniejsze jest przestrzeganie Zasad.

W 9 / 10 przypadków Synek to rozumie.

Synek jest terrorystą

Brzmi dość groźnie. Zadaję sobie pytanie skąd się to bierze. Dlaczego Synek stara się przypierać nas do muru, narzucać własną wolę.

Wydaje mi się, że to zrobiła po prostu ewolucja. Od dnia urodzin każdy ma gdzieś zakodowane by przeżyć i przy okazji zrobić sobie jak najlepiej. No i tu na straży anarchii stoimy my, Rodzice, którzy wiedzą co jest najlepsze.

No ale przecież dajemy mu wszystko co wg nas najlepsze, a on nadal się drze. Nadal wymusza. Jak mawia Dziadek: ‘Niech to jasna cholera!’.
Załóżmy, że nie chodzi o sytuację kiedy:
- może być zmęczony,
- może mu być źle z bólu lub dyskomfortu (bo np. zimno),
- może być głodny
Załóżmy, że po prostu nagle stwierdził, że chce coś dostać ponad wszystko.

Zacznijmy od początku. Bo od samego początku Synek bada jak daleko sięgają macki jego wpływów. Bardzo dobrze, że tak robi. Jestem nawet z tego bardzo dumny. Nie oznacza to, że pozwolę mu na wszystko. Pozwolenie Synkowi na wszystko to wg mnie błędne myślenie. A dlaczego? Bo dawanie na zawołanie nie jest dobrą edukacją (jakaś analogia przychodzi mi go głowy). Robię tak po prostu dla jego dobra. Z każdym dniem granice się poszerzają. Niech walczy i niech się uczy, że nie wszystko można osiągnąć byle wrzaskiem. Odkrywam mu te granice po trochu w miarę jego rozwoju. Nie wszystko na raz bo się pogubi.

Ok, ale on wrzeszczy nadal. W takiej sytuacji najprawdopodobniej się nudzi, bo nie zwracamy na niego uwagi. Prosta sprawa i jeśli sobie z tego zdać sprawę, naszą bronią będzie znalezienie mu zajęcia.
Jeśli go zbyjemy będzie jeszcze gorzej. ‘Idź się pobaw’ też raczej na nic bo nawet jeśli się posłucha to nie potrwa to długo.

U nas najlepiej sprawdza się znalezienie zajęcia, w którym Synek czuje, że nam pomaga.
Jeśli jesteśmy w domu są to nawet super proste pomoce przy tym co robimy. Wytarcie czegoś szmatką, odstawienie porozrzucanych gratów na miejsce, pomoc przy prowadzeniu rury odkurzacza.
Za każdym razem go chwalimy. Uwierzcie mi, to działa.

Poza domem na ogół nie ma takich problemów, ponieważ tyle naokoło się dzieje, że sama rozmowa (na tym etapie jeszcze monolog) i opowiadanie co się na około dzieje są wystarczającą dawką atrakcji.

Box

Domowe sposoby na zbicie temperatury u dzieckaCo może przydać się podczas lotu samolotem z małym dzieckiemPodróż samochodem z małym dzieckiem - jak się przygotować, żeby przetrwać

Facebook