czyli spojrzenie Taty na całe to zamieszanie
12 02
Nawiązując do niedawnego wpisu: W poszukiwaniu przechowalni… właśnie wróciliśmy z rozmowy z ‘Główno-Dowodzącą Ciocią’ jednego z takich miejsc, czyli żłobka.
‘Ciocia Generał’ zaczęła od przedstawienia oferty, później powiedziała, że ‘nie będzie nas oszukiwać: normalne jest, że dzieci chorują‘, że ‘prowadzi takie miejsca od ośmiu lat‘ i w związku z tym uważa, że ‘rodzice powinni zostawać za drzwiami‘, żeby ‘nie burzyć zajęć‘.
Musimy wszystko przemyśleć, ale na gorąco po wizycie mam wrażenie, że to jednak nie to. Po pierwsze grupy dzieci są ogromne. Omietliśmy wzrokiem niewielki pokoik, w którym była zdecydowanie za duża ilość dzieci na m2.
Może sam się nakręcam ale nadal pozostaje pula pytań, typu:
Bardzo chcemy coś zmienić ale nie wszelkim kosztem.
A może za bardzo się przejmujemy?
Pytania można mnożyć i jeśli ktoś z Was ma już takie doświadczenia za sobą to bardzo proszę o podpowiedzi.
11 02
Po pierwsze uzbierało się parę ‘basenowych’ wpisów i dlatego postanowiłem, że pogrupuję je w osobną kategorię:
Basenowe historie.
Temat basenowy jest dla mnie na tyle fajny, że pewnie jeszcze nie raz niego wrócę.
A teraz basen ‘od kuchni’, czyli krępujące sytuacje w męskiej przebieralni.
Ponieważ ostatnio miałem szansę być parę razy z Synkiem na basenie zauważyłem ciekawą rzecz związaną z męską szatnią. Wcześniej jakoś nie zastanawiałem się nad sprawą nagości w męskiej szatni. Ponieważ tym razem było sporo tatusiów ze swoimi dziećmi, moją uwagę zwróciły pytania paroletniego chłopaczka kierowane do swojego taty.
Dla ciekawych męska szatnia ma zwykłe szafki na kluczyk, ławeczki do przebierania i takie enklawy podobne do przymierzalni w sklepie odzieżowym. Oznacza to, że można się tam zaszyć, zasłonić kurtyną i odizolować od otoczenia.
Powiem szczerze, że wcześniej nie zauważyłem nawet, że to w ogóle tam jest. Do czasu, kiedy wspomniany tata najpierw przebrał swojego chłopaczka, a później cicho czmychnął za kurtynę zdjąć nachy. W szatni było sporo osób i nikt by nawet tego nie zauważył, gdyby nie jego synek, który krzyknął:
- Tata, gdzie idziesz?
Ponieważ krzyknął dość głośno, wokół zrobiło się cicho i dość ciekawie. Jego tata odpowiedział, że poszedł przebrać się.
Jego synek długo nie czekając krzyknął:
- Ale nikt się tam nie przebiera, wszyscy są tu!
Dla jego taty musiało to być jedno z bardziej żenujących doświadczeń bo po wyjściu z przebieralni zgarnął dzieciaka i wypadł na zewnątrz.
Piszę o tym dlatego, że jednak część stara się traktować temat nagości dość naturalnie. Szczególnie jeśli chodzi o uczenie takich sytuacji swoje dzieci. A mówimy przecież o panach w męskiej szatni.
Jest jednak coś na rzeczy w tym temacie, ponieważ kiedy indziej przyszedł tata z kilkuletnią córeczką. Córeczka widocznie była przyzwyczajona do widoku taty na golasa i bardziej jej uwagę zwrócił ptaszek małego chłopczyka niż dorosłych panów.
Zauważalne było jednak, że coś jest nie tak. Większość nagich panów szybko się zmyła a nawet ktoś coś szepnął ojcu dziewczynki. Opowiadałem później tę historię znajomym ojcom i jeden z nich przyznał, że kiedyś w podobnej sytuacji, był tak bardzo skrępowany, że szybko wyszedł z szatni.
Nie wiem dlaczego ale mam wrażenie, że podobne sytuacje w ogóle nie występują w damskich szatniach. Może się mylę i któraś z mam jest w stanie coś powiedzieć na ten temat.
Generalnie okazuje się, że niewiele ojców o tym wspomina ale kiedy przyjdzie co do czego, temat nagości własnej (męskiej) płci jest dość krępujący. Takie zachowanie jest później przekazywane dzieciom. Sprawa jest o tyle ciekawa, że właściwie nikt o tym nie mówi i cały temat jest gdzieś w edukacji pomijany. Pamiętam, że u nas w rodzinie też nigdy nie rozmawiało się na takie tematy.
Rozmawiałem o tym z kolegami ojcami i jeden z nich przyznał, że też mocno improwizuje, kiedy synek np. podczas wspólnej kąpieli złapie go za siusiaka. Łapie bo dzieciak jest ciekawy ale z drugiej strony ciężko na to pozwalać i udawać, że to jest to samo co np. ręka. Czyli dziecko i tak uczy się, że siusiaki (nawet w męskiej przebieralni) to coś wstydliwego i tak już chyba pozostanie.
Ciekaw jestem jak inni sobie z tym radzą i czy w ogóle jest to coś o nad czym warto się zastanawiać.
10 02
Zaczęło się od tego, że Synek zaczął wyłazić przez okienko swojego małego domku. Pomimo, że parę razy nieźle przypierniczył, strasznie mu się podobało i latał w kółko. Wchodził przez drzwi i bach przez okno. (Swoją drogą mieszkamy na parterze i zastanawiam się jak to będzie w przyszłości…)
Następnego dnia odwiedziła nas znajoma. Przyjechała ze swoim pięciomiesięcznym dzieckiem. No i nasz Synek popisywał się swoją nową zdolnością – wypadaniem przez okienko.
Później obie mamy poszły z dziećmi na spacer. Synek jak zwykle zasnął w ogródku. Po paru godzinach snu, kontrolujemy dość często czy się nie budzi. Tym razem także zerkaliśmy na niego co parę minut.
Nagle Mama mówi: o nie! on wyszedł z wózka!
Pierwszy raz to zrobił. Wcześniej budził się i po prostu leżał. Ten wózek to gondola z poprzeczką nad nogami. Synek w nim sypia zawinięty w koce jak kokon. Ponieważ jest coraz większy, ma coraz mniej możliwości ruchu w tym wózku.
A tu po prostu stał sobie w skarpetkach na mokrej trawie, trzymając się wózka i rozglądając się wokół. Strasznie jestem ciekaw jak to zrobił. Do tego czas w jakim to osiągnął! Świętą prawdę mówią rodzice, że trzeba mieć oczy dookoła głowy.
Ja natomiast cieszę się, bo Synek jest coraz sprawniejszy. To oczywiście niesie za sobą o wiele więcej zagrożeń ale i tak się cieszę. Rozpiera mnie duma kiedy patrzę jak sobie radzi, jak włazi, przełazi, czołga się pod krzesłem. Często rąbnie się przy tym raz albo dwa. Trochę ponarzeka i znów biegnie eksplorować swój Świat.
10 02
Temat żłobka wraca jak bumerang.
A właściwie nie żłobka, bo ciężko nam myśleć o tamtym temacie. (dla przypomnienia pisałem już o żłobku i o tym co z tego wynikło).
Chodzi raczej o przyjazną przechowalnię.
Powody są różne. Jednym z nich jest fakt, że Mama musi mieć więcej czasu dla siebie. Drugim jet to, że Synek naprawdę bardzo lubi towarzystwo. Ostatnio podczas spacerów Mamy z Synkiem po naszej okolicy, otworzyły się nowe możliwości.
Przechowalnia dla dzieci to ostatnio temat modny, a co ważniejsze intratny. Dlatego takie miejsca powstają jak grzyby po deszczu. Najważniejsze jest to, że nowe poszukiwania zaowocowały między innymi takimi nazwami: Domowe Ognisko dla Dzieci, Pluszandia, Muślinowa Kraina, Spokojnie Rodzice – nic mi nie będzie, Śliwkowa Opuchlizna czy Mały Negocjator.
Albo przynajmniej tak mi się wydaje.
W jednym z takich miejsc Synek od razu poleciał bawić się z tamtejszymi dziećmi. To dla nas ważne, żeby uczył się interakcji z innymi dziećmi. Na co dzień niewiele jest takich możliwości.
Problemem są choroby. Teraz, kiedy wyszedł z kataru szkoda by było, gdyby nagle znów go coś dopadło. Znajomi właśnie rezygnują z przedszkola dla swojej córeczki. Nie ma znaczenia czy jest to prywatne przedszkole czy nie. Reguła jest taka, że po paru dniach dziecko łapie na dwa tygodnie jakieś wirusy. Później znów na kilka dni do przedszkola i znów dwa tygodnie z gorączką w domu.
Niby wszyscy to wiedzą. Ale jak w takim razie to się normalnie odbywa? Czy ktoś zna taką zbiorową przechowalnię, gdzie dzieci nie chorują?
Jeśli wszystko się ułoży, Synek będzie chodził w któreś z tych miejsc już na wiosnę.
Jesteśmy dobrej myśli. O szczegółach napiszę jak tylko coś się wyklaruje.
Najnowsze komentarze