Na początku stycznia 2010 przybył kolejny dziedzic.

Właściwie ciężko powiedzieć od czego zacząć. Bo przecież nie od tego, że montowałem wcześniej rozmontowane łóżeczko. Albo od przymierzania się do przyczepienia na ścianie przewijaka. Fakt, że w tym celu spędziłem jakieś 45 minut na szukaniu specjalnych kołków do pustych przestrzeni w Castoramie, niczego nie dowodzi. Lubię pomajsterkować ale szczerze nienawidzę montowania czegoś na kołki w ścianach. Zawsze kończy się to źle. Jeżeli pamiętacie zakończenia czeskich bajek „Sąsiedzi” to wiecie o co mi chodzi.

Najważniejszy jednak (dla mnie) incydent szybko wszystkim uzmysłowił kto w tym całym zamieszaniu rządzi. Jak można się domyślać oczywiście nie było w tym mojej roli. Od dłuższego już czasu Synek sypia w swoim pokoju, w normalnych rozmiarów łóżku. Kiedy pojawił się Młody, wszystko szybko uległo zmianie.

Pewnego wieczoru a raczej podczas nocnego karmienia, kiedy przypominałem sobie jak to jest spać na krawędzi łóżka, przyszedł Synek i bez zbędnej zwłoki dołączył do nas. Kolejność następująca: karmiąca Mama, przyssany Młody, Synek i ja.
Już poza łóżkiem.

Alternatywą było albo niewyspanie albo przeniesienie się do pokoju Synka. Druga wersja miała swoje oczywiste zalety. Zyskałem nowych przyjaciół: Kubusia Puchatka, Psa Podróżnika i Misia Domatora, który nigdy nie rusza się z domu.

I tak, zanim zdążyłem się połapać zostałem zdetronizowany.
A właściwie wyłóżkowany.
Piękny start.