Niedługo jedziemy na wakacje.

Jak się zastanowić to właściwie oprócz wyjazdów właśnie, na co dzień niewiele mamy czasu dla siebie. Pamiętam jak dziś poprzednie wakacje z Synkiem (Refleksja z wielkiej piaskownicy). Siedzieliśmy sobie na plaży i było super. Teraz znów jedziemy i znów będzie szansa zacieśnić więzi i zwyczajnie pobyć trochę razem.

Ma to dla mnie duże znaczenie ponieważ zdaję sobie sprawę, że czasu jest w sumie niewiele. Każdy rodzic traktuje swoje dziecko trochę jak swoją własność. A ta własność niedługo zacznie mieć swoje sprawy i przestanie ją obchodzić własny stary.

Co więcej, niedawno szperałem trochę po rodzinnych forach i wpadłem na trop wątków dotyczących więzi rodzinnych. W większości przypadków forumowicze twierdzili, że mają bardzo słaby kontakt z rodziną. Część mieszka daleko od siebie i ma słabe możliwości odwiedzania się. Może to i smutne ale jeśli to prawda, jest spora szansa na to, że i moje dzieci wyrzuci gdzieś daleko.

Dlatego zamierzam cieszyć się każdą chwilą z dziećmi. Może histeryzuję, pomyślicie. Niech i tak będzie. Ale na pewno każdy z Was, rodziców, przyzna mi rację, kiedy mu powiem jak czas szybko ucieka. Po dzieciach widać to najlepiej. Młody niedawno się urodził a dziś waży już 2,5 raza więcej niż na początku. I jest to zupełnie normalne a nawet wskazane. W przypadku dorosłej osoby taki przyrost mógłby okazać się niewłaściwy.

W związku z tym aby więcej przebywać z dziećmi widzę trzy wyjścia. Albo przeprowadzić się gdzieś do dżungli amazońskiej i polować z własnymi synami, biegając szczęśliwie odzianym tylko w bambusową rurkę, albo spędzać z nimi więcej czasu na co dzień albo wyjeżdżać z nimi częściej na wspólne wakacje.

Sądzę, że w dzikiej dżungli dałbym radę przeżyć, zakładając oczywiście korzystny scenariusz, jakieś 18 sekund. A to stanowczo za mało na upolowanie czepiaka na kolację. A gdyby nawet udałoby mi się przeżyć, to zaraz potem jeden z synów musiałby udowodnić publicznie swoje męstwo rzucając w drugiego skałą albo coś w tym guście. Dlatego, mimo pozornych niewielkich kosztów inwestycyjnych (koszt kursu zdmuchiwania posiłków z gałęzi), to rozwiązanie raczej odpada.

Drugie rozwiązanie, wbrew pozorom, też nie jest wcale proste do osiągnięcia. Jak bowiem można racjonalnie pogodzić codzienny tryb życia z przebywaniem z najbliższymi? Zakładając oczywiście, że codziennie chodzi się do pracy, później załatwia się ‚sprawy’ i nie jest się Panem Januszem z góry, który ma nieograniczony czas bo po prostu nic w życiu nie robi?

Jeśli chodzi o trzecie rozwiązanie – wspólne wakacje, to czas jaki możemy na nie poświęcić, jest wprost proporcjonalny do czasu jaki angażujemy w drugie rozwiązanie. Czyli im więcej wakacji potrzebujemy, tym więcej musimy pracować by na nie zarobić. Nie licząc Pana Janusza oczywiście.

W związku z tym, wydaje się, że wspólne wakacje są kwintesencją spędzania czasu z rodziną. Co prawda czasami trudno w to uwierzyć analizując wakacyjne zachowania rodzin. Tak mi jednak jasno wynika ze wstępnej analizy.

Dlatego bardzo cieszę się na wspólne wakacje.