Takie coś nie zdarza się co dzień.
Żeby być zupełnie szczerym, to jak sięgnę pamięcią, zdarzyło się pierwszy raz od niepamiętamkiedy.

Ten wieczór zaplanowany był już dawno, więc wiadomo było, że dzieciaki wywiezione zostaną do Dziadków.
Repertuar bogaty a okazał się jeszcze bogatszy. Dawno takich rzeczy nie planowałem więc wyszedłem trochę z wprawy. Improwizacja bardzo tu pomogła.

Najpierw kolacja w bałkańskiej knajpie przy iście niebiańskich smakach. Palce lizać.
Później spontaniczne kino – z jakimś przypadkowym filmem dla młodzieży w 3D. Wrażenie powalające.
Następnie pogoń na koncert a wcześniej pogoń policji i… mandacik.
Nagłośnienie koncertu jakby basy się zacięły. Podczas przełykania czegoś do picia, płyn w gardle nie chciał spływać od wibracji. Dziwne wrażenie. Ale ogólnie bardzo fajnie.

Porównując do czasów studenckich mógłbym powiedzieć, że wieczór był nudny jak flaki z olejem. Przy natłoku spraw i codziennej gonitwie, najbardziej niesamowite jest to, jak bardzo wyjątkowy był dla nas ten ‚wypad na miasto’.

Oj ta zmienna perspektywa :)