czyli spojrzenie Taty na całe to zamieszanie
22 02
Obecne, zmienione 1 stycznia 2010, przepisy dotyczące urlopu macierzyńskiego mówią, że każdej młodej matce obowiązkowo przysługuje 20 tygodni urlopu. To jakieś 4 i pół miesiąca. A mówimy tylko o przypadku, kiedy urodziło się jedno dziecko. Bo już przy pięciorgu dzieci jest to aż 37 tygodni, czyli aż 8 i pół miesiąca!
Jak można to łatwo zamienić na wieczny urlop?
Przyjmijmy najmniej korzystny scenariusz, czyli sytuację, w której urodziło się nam jedno dziecko. Matka tego dziecka musi iść na urlop macierzyński. Nie ma od tego zwolnienia. Oczywiście najlepszym rozwiązaniem jest urodzić od razu razu pięcioro dzieci. Wtedy urlopu jest dużo więcej. Z moich informacji wynika jednak, że nie wszystkim się to udaje.
Ojciec także może skorzystać z urlopu, wymieniając się nim z Matką. Z tego co wiem wystarczy tylko złożyć u pracodawcy jakiś kwitek.
W trakcie trwania urlopu trzeba zacząć starać się o następne dziecko. Ważne by przy zbliżaniu się do końca urlopu macierzyńskiego mieć już udokumentowaną następną ciążę.
Jeśli to się nie uda, zawsze można posiłkować się urlopem dodatkowym, który często nazywany jest wychowawczym. Nie jest on już jednak płatny więc takie rozwiązanie jest zupełnie nieopłacalne.
Co dalej?
Najlepiej kiedy ciąża jest zagrożona. Wtedy łatwo można na nią uzyskać zwolnienie lekarskie, które trwa aż do urodzenia się dziecka.
Po urodzeniu sytuacja powtarza się. I tak w kółko. To bardzo proste.
Powiedziałem wcześniej ‘wieczny urlop’ a powinienem był powiedzieć raczej ‘dozgonny’.
Taki urlop skończy się przecież prędzej czy później czyimś zgonem.
21 02
Właśnie zdałem sobie sprawę, ile wartościowych rzeczy jestem w stanie nauczyć się od własnych dzieci.
Obserwowałem sobie Młodego (młodszego braciszka Synka) podczas jedzenia. Właśnie minęło jakieś półtora miesiąca od jego urodzenia kiedy zauważyłem, że wyraźnie uspokaja się na widok odsłanianej piersi. Momentami nawet się oblizuje.
Może płakać, dławić się i nawet wpadać w spazmy. Wystarczy jednak, że Mama wyciąga okazałą pierś a on jak za sprawą czarodziejskiej różdżki uspokaja się. Pierś powoduje, że brzuszek przestaje burczeć i boleć. Jest to całkiem zrozumiałe. W tym momencie pierś kojarzy się z zaspokojeniem głodu. Kojarzy się z ciepłem, bezpieczeństwem i w rezultacie z błogostanem.
Są jednak chwile, kiedy Młody jest najedzony ale nadal niespokojny. Ponieważ mamy pewien kłopot z komunikacją, czasami trudno dociec o co tak naprawdę mu chodzi. Nie działa kołysanie, nucenie, poklepywanie, noszenie. Uspokajająco działa jednak widok piersi. Potrafi zasnąć oparty o nią swoim policzkiem. Wystarczy jednak, że Mama odsunie się a Młody budzi się i zaczyna płakać. Pierś jest przystawiana – zasypia. Odstawiana – dramat.
I tu dochodzimy do sedna sprawy. Zacząłem analizować swoje własne doświadczenia w tej kwestii i okazało się, że i mnie widok piersi uspokaja. Nie mówiąc już o dotyku. I co najważniejsze nie można mnie za to winić!
Do tej chwili nie zdawałem sobie sprawy jakie to ważne. Co więcej, sądzę, że nie powinienem walczyć z czymś co zakodowano u mnie w najwcześniejszych chwilach mojego życia. To tak jakbym zaczął zastanawiać się czy wydajniej funkcjonuje się na bezdechu czy nie.
To jasne, że dla własnego zdrowia psychicznego powinienem oglądać więcej damskich biustów.
W dzisiejszych czasach ludzie żyją w ciągłym pędzie – a co za tym idzie – również i stresie. Aby uspokoić się chodzą do lekarzy i zażywają leki o wymyślnych nazwach. A wystarczyłoby pokazać im damskie piersi. Gwarantuję, że natychmiast zapomną o codziennych troskach. To naprawdę nic trudnego.
Zastanówmy się. Piersi jest naokoło raczej pod dostatkiem. Stworzyła je natura. Rosną same. Są dla nas zdrowe. Czy można chcieć czegoś więcej?
Nasuwają się zatem dwa bardzo proste wnioski:
- obserwujmy i uczmy się od naszych własnych dzieci,
- mamy, pokazujcie częściej piersi.
13 02
Ponieważ jest nowy kandydat na wszystkie zalecane przez służbę zabiegi, czas na nowo zastanowić się nad szczepionkami. Trzeba, nie trzeba, warto, czy nie warto szczepić?
Kiedyś już wspominałem o całym zamieszaniu w artykule: Szczepionki na zdrowy rozum
Czy wiecie, że obecnie szczepienia są obowiązkowe od urodzenia do 19 roku życia? Czy to jest aż tak potrzebne? Pierwsze szczepienia odbywają się zaraz po narodzinach w szpitalu.
Aby zorientować się o co chodzi wystarczy spojrzeć na kalendarz szczepień. Warto tam zajrzeć.
Czym są szczepionki, przed czym chronią i co zawierają.
Aby zrozumieć co robią szczepionki, należy dowiedzieć się co zawierają, jak działają i przed czym chronią. Jest na ten temat bardzo dużo informacji na ten temat. Jest też bardzo wiele zupełnie skrajnych opinii. Jedne mówią, że na pewno zachorujemy, kiedy się nie zaszczepimy, drugie, że zachorujemy po zaszczepieniu się.
Polecam przeprowadzenie własnego rozeznania na ten temat. Jak zwykle potrzeba dokładnie obejrzeć dwie strony medalu. Na pewno nie pod wpływem emocji.
Fakty na temat szczepionek są następujące.
1. Szczepionki ochronne dla dzieci są, krótko mówiąc wstrzyknięciem żywych lub nieżywych drobnoustrojów do organizmu dziecka. System odpornościowy powinien na to zareagować generując przeciwciała co w zamyśle zaowocuje odpornością na daną chorobę głównie wirusową lub bakteryjną.
2. Szczepionki zawierają substancje pomocnicze jak np. konserwanty czy antybiotyki. W skrajnym przypadku konserwantem może być np. rtęć.
3. Szczepionka daje odporność ale u każdego inną. U niektórych przeciwciała mogą utrzymywać się przez kilka lat a niektórych szczepionka może w ogóle nie uodpornić.
4. Zaszczepienie nie daje 100% odporności organizmu na daną chorobę.
5. Szczepionki mogą wywoływać bardzo dużo skutków ubocznych od podwyższonej temperatury zaczynając a na autyzmie kończąc.
6. Część szczepień jest wielokrotnie powtarzana. Nazywa się je ‘szczepieniami przypominającymi’.
7. Część szczepień jest i tak zalecana w specyficznych sytuacjach, np. przed planowaną operacją w szpitalu szczepi się przeciw WZW typu B.
8. Istnieją szczepionki tzw. skojarzone, zawierające w jednym zastrzyku kilka szczepionek.
9. Istnieją szczepionki dodatkowe zalecane, np. przeciwko ospie wietrznej.
10. Wywierana jest presja ze strony służby zdrowia by szczepić się na różne rodzaje szczepionek.
11. W kampaniach społecznościowych jesteśmy informowani o zagrożeniach związanych z możliwymi zachorowaniami na całą masę wirusów. Wywierana jest presja by szczepić się dodatkowo przeciw tym chorobom.
Szczepić czy nie szczepić?
Moja rada jest taka.
Należy zrobić rozeznanie na własną rękę. Należy poczytać, pogadać z rodzicami innych dzieci i z lekarzami. Wnioski zawsze powinny być wynikiem takiej analizy, zdrowego rozsądku i własnego osądu. Należy jak ognia unikać pochopnych decyzji wywołanych ogólną histerią i żerowaniem na naszych emocjach. Należy zadawać pytania.
Np. czy szczepionki skojarzone są lepsze czy gorsze? Czy podanie większej ilości zabitych lub żywych wirusów i bakterii oraz konserwantów jest dobrym pomysłem dla malutkiego organizmu?
Decyzję podejmijcie sami.
Chodzi przecież o zdrowie własnych dzieci.
5 02
Wspominałem kiedyś, że zastanawialiśmy się nad wyborem przedszkola (artykuł: Wybór przedszkola, czyli przechowalnia po ludzku).
Otóż, jak wiadomo, każdy rodzic długo zastanawia się, zanim pośle gdzieś swoje dziecko. Robi rozeznanie i w rezultacie stara się wybrać przedszkole, które jest dobre i wygodne. Dobre, bo dzieci znajomych tam już chodzą. Najlepiej jak będzie niedrogie…
A wygodne bo powinno być niedaleko, lub przynajmniej po drodze do naszej pracy.
Teraz kiedy Synek [2L5M], chodzi do przedszkola (już około pół roku), prowadzonego w systemie Montessori, mogę powiedzieć, że je gorąco polecamy.
Montessori.
Na jednym z pierwszych spotkań w przedszkolu właściciele starali się w prosty sposób wytłumaczyć na czym polega ich system edukacyjny. Myślę, że poniższy, niedługi opis wszystko wyjaśni.
Zaczęli tak: „Każde dziecko jest podobne do nasionka…”
No pięknie, pomyślałem.
„… i jak każda roślina przechodzi podobne etapy rozwoju: kiełkuje, puszcza pędy, ukorzenia się, kwitnie. Robią to jednak w różnym tempie, niektóre wcześniej, inne później, a od nas, jako od dobrych ogrodników wymaga się, żeby zrozumieć indywidualne zachowania i procesy rozwoju każdego z nich.”
Trochę lepiej. Pierwsze wrażenie związane z porównaniem Synka do brokuła zaczęło się zacierać.
„Co więcej każde jest inne i wymaga innej pielęgnacji. Jedno nasionko będzie kiedyś różą i wymaga innego podejścia niż nasiona sosny. Na siłę nie przekształcimy jednego w drugie. Będąc opiekunami wychwytujemy te różnice i dopasowujemy do predyspozycji każdego z dzieci”.
Powiem szczerze, że to brzmi sensownie i wpisuje się w nasz model wychowywania. Dowiedzieliśmy się też, że dzieci po edukacji w systemie Montessori mogą mieć później problemy gdy trafią do państwowego systemu edukacji, który cały czas bywa dość skostniały.
Główna różnica jest taka, że w pierwszym przypadku system stara się wykształcić indywidualistów, potrafiących zadawać czasem trudne pytania oraz uczy samemu wykazywać się inicjatywą działania.
W drugim przypadku, system cały czas stara się z jednostki uczynić mało uciążliwego szaraka. Jakkolwiek to podejście zmienia się ostatnio bardzo na korzyść, to jednak w większości placówek państwowych brak po prostu dość mądrej kadry nauczycielskiej.
Zauważyłem też, że rodzice dzieci, które są w przedszkolu Montessori, ich ewentualne rodzeństwo również tam posyłają. Oznacza to chyba tyle, że placówki te mają bardzo dobry program lojalnościowy, bo przecież cała ta zabawa dość słono kosztuje.
4 02
Na początku stycznia 2010 przybył kolejny dziedzic.
Właściwie ciężko powiedzieć od czego zacząć. Bo przecież nie od tego, że montowałem wcześniej rozmontowane łóżeczko. Albo od przymierzania się do przyczepienia na ścianie przewijaka. Fakt, że w tym celu spędziłem jakieś 45 minut na szukaniu specjalnych kołków do pustych przestrzeni w Castoramie, niczego nie dowodzi. Lubię pomajsterkować ale szczerze nienawidzę montowania czegoś na kołki w ścianach. Zawsze kończy się to źle. Jeżeli pamiętacie zakończenia czeskich bajek ‘Sąsiedzi‘ to wiecie o co mi chodzi.
Najważniejszy jednak (dla mnie) incydent szybko wszystkim uzmysłowił kto w tym całym zamieszaniu rządzi. Jak można się domyślać oczywiście nie było w tym mojej roli. Od dłuższego już czasu Synek sypia w swoim pokoju, w normalnych rozmiarów łóżku. Kiedy pojawił się Młody, wszystko szybko uległo zmianie.
Pewnego wieczoru a raczej podczas nocnego karmienia, kiedy przypominałem sobie jak to jest spać na krawędzi łóżka, przyszedł Synek i bez zbędnej zwłoki dołączył do nas. Kolejność następująca: karmiąca Mama, przyssany Młody, Synek i ja.
Już poza łóżkiem.
Alternatywą było albo niewyspanie albo przeniesienie się do pokoju Synka. Druga wersja miała swoje oczywiste zalety. Zyskałem nowych przyjaciół: Kubusia Puchatka, Psa Podróżnika i Misia Domatora, który nigdy nie rusza się z domu.
I tak, zanim zdążyłem się połapać zostałem zdetronizowany.
A właściwie wyłóżkowany.
Piękny start.
Najnowsze komentarze