tatablog.pl

czyli spojrzenie Taty na całe to zamieszanie

Archiwum: Marzec, 2010

Nasze domowe, naturalne sposoby na stany zapalne górnych dróg oddechowych, które często zastępują leczenie tzw. ‘tradycyjne’ – czyli głównie leczenie objawowe lekami.

Ważna rzecz – przy tego typu zapaleniach – kaszlu, spływającym katarze, problemach z oddychaniem, należy pójść z dzieckiem do lekarza, żeby je osłuchał i dokładnie zbadał czy nie ma czegoś w oskrzelach, płucach i czy stan zapalny nie przerzuca się na inne osłabione miejsca – gardło, uszy, itd.

Pamiętajmy, że lekarze są dziś różni. Zwracajmy uwagę na to co lekarz mówi i zadawajmy mu pytania! Lekarz nie może postawić diagnozy bez badania! Bądźmy czujni. Pytajmy rzeczy, które przepisuje. Lekarze dziś uwielbiają dawać antybiotyki. Antybiotyki są niezbędne w specyficznych sytuacjach. Antybiotyki eliminują bakterie w naszym organizmie. Zabijają też masę chroniących nas bakterii. Przy stosowaniu antybiotyków konieczna jest określona dieta. Zapytajmy o to specjalistę. Antybiotyki bardzo osłabiają organizm, dlatego należy je stosować tylko wtedy gdy są naprawdę niezbędne.

Jak radzimy sobie domowymi sposobami.
Przede wszystkim staramy się nasze organizmy wzmacniać. Duża ilość leków go osłabia a nie wzmacnia.

Do najważniejszych czynności należy nacieranie olejkami (u starszych dzieci może to być olejek kamforowy). My nacieramy dokładnie:

  • stopy
  • kostki u nóg
  • miejsca pod kolanami
  • zgięcia ramion
  • klatkę
  • plecy i boki
  • ramiona
  • czoło
  • skronie

Poprzez energiczne nacieranie rozgrzewamy i pobudzamy wrażliwe miejsca organizmu. Młodszego nacieramy oliwką, lub parafiną.

Klatkę i plecy oklepujemy – dłońmi złożonymi w ‘łódki’. Oklepywanie powoduje oddzielanie i odrywanie się flegmy, której zaleganie jest groźne dla płuc.

Utrzymujemy ciało w stałych temperaturach. Koniecznie należy unikać wyziębień głowy czy nacieranych części ciała. Trzeba możliwie jak najwięcej pić. Najlepiej ciepłą wodę, ewentualnie słabe herbatki.

Wietrzenie! Miejsca, w których się choruje trzeba wietrzyć. Dużo osób, z którymi rozmawiamy zapomina o tym jakie to ważne. Wietrzenie odświeża powietrze i zabija bakterie. Wietrzenie pokojów chorych dzieci jest niezbędne.

Ważne jest też nawilżanie powietrza. Nie może ono być zbyt suche, ponieważ dodatkowo podrażnia oskrzela i płuca oraz wysusza śluzówki. Powietrze podczas stanów zapalnych powinno być dodatkowo nawilżane.

Podwyższonej temperatury u dzieciaka nie ruszamy do 38,5′C. Powyżej stosujemy zimne okłady na czoło i okolice serca. Kiedy jest groźnie – czopki.

Przy chorobach przenoszonych drogą kropelkową myjemy często ręce. Częściej niż zwykle.
To kilka podstawowych sposobów jakie stosujemy przy stanach zapalnych górnych dróg oddechowych. Nam bardzo pomagają.

Zauważyliśmy bardzo ciekawą prawidłowość. Im mniej leków bierzemy tym jesteśmy zdrowsi. Kiedy już nie ma wyjścia i trzeba coś wziąć – jeden lek wymusza użycie drugiego i robi się z tego cała garść chemii. Dzisiaj leków nie stosujemy prawie w ogóle. Jesteśmy o wiele zdrowsi. Znajomi mówią o nas ‘cyborgi’ :)

Bardzo proszę – podzielcie się swoimi domowymi sposobami na popularne choroby. Warto o nich mówić, bo są zdrowymi, naturalnymi metodami podnoszącymi odporność naszych organizmów.

Rodzina S.A.

No właśnie.

Z ekonomicznego punktu widzenia instytucja Rodziny niewiele różni się od spółki kapitałowej. Podobnie jak w spółce mamy więc zarząd, radę nadzorczą i udziałowców lub akcjonariuszy. Zarząd to Zarząd – wiadomo, ma Prezesa lub w tym konkretnym przypadku częściej Prezesową.

Rodzina S.A. posiada też budżet, plany rozwojowe, inwestycyjne, itd. I w sumie na tym podobieństwa się kończą. Dalej sytuacja nieco się gmatwa.

Radę Nadzorczą stanowi właściwie wyłącznie Zarząd. W skrajnych przypadkach Radę tworzą też Doradcy. Najbliżsi, naturalni doradcy to Dziadkowie lub Teściowie. Zarząd składa się wyłącznie z pracowników, z czego najczęściej połowa z nich stara się przysporzyć spółce korzyści majątkowych a reszta Zarządu, który tworzy najczęściej Prezesowa, poświęca się doskonaleniu i zrównoważonemu rozwojowi reszty akcjonariatu.

Mówiąc o akcjonariacie dobrze wspomnieć też o dywidendach. W Rodzinie S.A. Decyzja o wypłacie dywidend jest dość prosta. Z reguły dywidenda pozostaje w spółce i jest przeznaczana na tzw. inwestycje, szeroko rozumiane jako… zakupy.

Zakup domu, samochodu, telewizora, wyjazdu na wakacje, czy nawet wacików. Dzięki temu teoretycznie akcjonariuszom żyje się lepiej. Chciałbym tu zaznaczyć jedną ważną rzecz. Dywidendy mogą być wypłacane gotówką akcjonariatowi.

Pracujący Zarząd też do niego należy! Prezesowi też należy się gotówka i to nie ta rozumiana jako wspólne wykorzystanie dywidend na ‘cele inwestycyjne’. Mówię o normalnych, żywych, szeleszczących banknotach w kieszeni.

Panuje mylne przekonanie, że gotówka w kieszeni Prezesa powoduje jego nieprzewidziane, niekorzystne dla spółki konsekwencje. Nic bardziej mylnego!

Apeluję do reszty Zarządu i Rady Nadzorczej aby część dywidend wypłacać bezpośrednio Prezesom. Oni potrzebują regularnie spotykać się z innymi Prezesami aby omawiać ważne aspekty rozwojowe, oszacować kwestie zarządzania ryzykiem i przedyskutować sprawy związane z obecną sytuacją rynkową.

Przecież z takich spotkań jasno wynikają same korzyści.

Niedługo jedziemy na wakacje.

Jak się zastanowić to właściwie oprócz wyjazdów właśnie, na co dzień niewiele mamy czasu dla siebie. Pamiętam jak dziś poprzednie wakacje z Synkiem (Refleksja z wielkiej piaskownicy). Siedzieliśmy sobie na plaży i było super. Teraz znów jedziemy i znów będzie szansa zacieśnić więzi i zwyczajnie pobyć trochę razem.

Ma to dla mnie duże znaczenie ponieważ zdaję sobie sprawę, że czasu jest w sumie niewiele. Każdy rodzic traktuje swoje dziecko trochę jak swoją własność. A ta własność niedługo zacznie mieć swoje sprawy i przestanie ją obchodzić własny stary.

Co więcej, niedawno szperałem trochę po rodzinnych forach i wpadłem na trop wątków dotyczących więzi rodzinnych. W większości przypadków forumowicze twierdzili, że mają bardzo słaby kontakt z rodziną. Część mieszka daleko od siebie i ma słabe możliwości odwiedzania się. Może to i smutne ale jeśli to prawda, jest spora szansa na to, że i moje dzieci wyrzuci gdzieś daleko.

Dlatego zamierzam cieszyć się każdą chwilą z dziećmi. Może histeryzuję, pomyślicie. Niech i tak będzie. Ale na pewno każdy z Was, rodziców, przyzna mi rację, kiedy mu powiem jak czas szybko ucieka. Po dzieciach widać to najlepiej. Młody niedawno się urodził a dziś waży już 2,5 raza więcej niż na początku. I jest to zupełnie normalne a nawet wskazane. W przypadku dorosłej osoby taki przyrost mógłby okazać się niewłaściwy.

W związku z tym aby więcej przebywać z dziećmi widzę trzy wyjścia. Albo przeprowadzić się gdzieś do dżungli amazońskiej i polować z własnymi synami, biegając szczęśliwie odzianym tylko w bambusową rurkę, albo spędzać z nimi więcej czasu na co dzień albo wyjeżdżać z nimi częściej na wspólne wakacje.

Sądzę, że w dzikiej dżungli dałbym radę przeżyć, zakładając oczywiście korzystny scenariusz, jakieś 18 sekund. A to stanowczo za mało na upolowanie czepiaka na kolację. A gdyby nawet udałoby mi się przeżyć, to zaraz potem jeden z synów musiałby udowodnić publicznie swoje męstwo rzucając w drugiego skałą albo coś w tym guście. Dlatego, mimo pozornych niewielkich kosztów inwestycyjnych (koszt kursu zdmuchiwania posiłków z gałęzi), to rozwiązanie raczej odpada.

Drugie rozwiązanie, wbrew pozorom, też nie jest wcale proste do osiągnięcia. Jak bowiem można racjonalnie pogodzić codzienny tryb życia z przebywaniem z najbliższymi? Zakładając oczywiście, że codziennie chodzi się do pracy, później załatwia się ‘sprawy’ i nie jest się Panem Januszem z góry, który ma nieograniczony czas bo po prostu nic w życiu nie robi?

Jeśli chodzi o trzecie rozwiązanie – wspólne wakacje, to czas jaki możemy na nie poświęcić, jest wprost proporcjonalny do czasu jaki angażujemy w drugie rozwiązanie. Czyli im więcej wakacji potrzebujemy, tym więcej musimy pracować by na nie zarobić. Nie licząc Pana Janusza oczywiście.

W związku z tym, wydaje się, że wspólne wakacje są kwintesencją spędzania czasu z rodziną. Co prawda czasami trudno w to uwierzyć analizując wakacyjne zachowania rodzin. Tak mi jednak jasno wynika ze wstępnej analizy.

Dlatego bardzo cieszę się na wspólne wakacje.

Szach i Mat na polu kary

To ciekawe ale właśnie jednym ruchem Synek [2L7M] pozbawił nas oręża kary.

Jakiś czas temu wprowadziliśmy dla niego kary za ciężkie przewinienia. Przez ciężkie rozumiem natarczywe robienie na złość. Karą było odstanie w kącie.

Gdy nabroił a wcześniej parę razy było mu mówione, że postępuje źle, szedł do kąta. W kącie opłakiwał swój los, po jakimś czasie był z niego ‘zwalniany’ i miał tłumaczone co poszło źle.

Aż do paru dni temu.. kiedy w piękny słoneczny dzień, kiedy wszyscy byli uśmiechnięci i dobrze się bawili, zapytał:
- Tato ja chcę do kąta.

Myślałem, że się przesłyszałem ale on powtórzył, że chce do kąta!

Wierzyć mi się nie chce. Kąt miał być karą! Naszą karą! Miejscem gdzie deportuje się za najcięższe przewinienia. Jak teraz egzekwować karę? To już niemożliwe. Nie można skazać na karę, która stała się zabawą.

Mówię serio. Czy to w ogóle możliwe, żeby dziecko w tym wieku taktycznie zdegradowało kąt? A właściwie nie kąt jako część mieszkania znajdującą się w rogu korytarza ale kąt jako karę?

No i po raz kolejny okazuje się to, o czym socjologowie dawno temu już mówili, że kary są nieskuteczne. I tu gładko przechodzimy do tematu czy karać w ogóle. No cóż, nie będę odkrywał na nowo ameryki, jeśli stwierdzę, że niewłaściwe zachowanie dzieci to zwyczajnie błędy rodzicielskie. W porządku. Czyli nie karać ale nagradzać.

Ale w całej przyrodzie odbywa się to inaczej. Inaczej pokazuje się kto rządzi danym terytorium i kto nad kim ma władzę. Starsze osobniki uczą młodsze osobniki jak zdobywać pożywienie ale potrafią też pokazać im pazur. Dorastający w stadzie samiec musi pokonać ‘głowę’ stada, żeby zająć jego miejsce. Zdaję sobie sprawę, że moje dni są policzone ale, na miłość boską, mówimy o dwulatku. A ten dwulatek ze sprawnością fechmistrza właśnie wytrącił nam z ręki oręż. Szach i mat w jednym ruchu.

Nie wygląda to dobrze. Jeśli małe dziecko potrafi takie rzeczy to za chwilę będzie potrafiło jeszcze więcej. Za chwilę będzie w stanie nami zwyczajnie zawładnąć. Dla nas jest tylko jedno wyjście – przejście do Planu B.

Plan B polega na zmianie taktyki. Na jaką?
Właśnie szybko ją opracowujemy. Dam znać.

Facebook