tatablog.pl

czyli spojrzenie Taty na całe to zamieszanie

Archiwum: Czerwiec, 2010

Może to być temat dość kontrowersyjny. Z jednej strony fajny i dający podstawy do ojcowskiej dumy… A z drugiej mógłby być odebrany nie tak jak zamierzałem to przedstawić. No zobaczymy co z tego wyjdzie.

W tej historii występuję ja, Synek i wyimaginowany Policjant.

Rzecz działa się parę miesięcy temu. Sądzę, że mógł mieć wtedy jakieś 2 i pół roku. Zawoziłem Synka do przedszkola. Na poboczu drogi stał radiowóz ze migającymi kogutami i zatrzymany samochód osobowy.

Policja robi na dzieciach duże wrażenie ale nie do końca rozumiem, jak jest przez nie odbierana. Są mundury, te wszystkie atrybuty policyjne, itd… Ale czy jest ona bardziej jak dobry kowboj szeryf, stojący na straży porządku czy raczej zupełnie odwrotnie.

No na pewno duża tu zasługa rodziców i ich nastawienia do ‘władzy’. Osobiście nie miewam ‘problemów’ z Policją. Nie okazywaliśmy jakiejkolwiek niechętnego nastawienia do Policji.

Wracając do sprawy, kiedy Synek ich zobaczył, zapytał się oczywiście dlaczego policja zatrzymała kierowcę. Powiedziałem, że nie wiem ale powody mogą być przynajmniej dwa. Albo jest to wyrywkowa kontrola albo jakieś wykroczenie, kiedy kierowca np jechał za szybko. No i później cała ta opowieść o karaniu mandatem, żeby dać nauczkę na przyszłość.

Zamyślił się i później pyta:

- Tato a co byśmy zjobiji, gdyby zaczymał nas Pojicjant?
- Porozmawialibyśmy z nim… A ty Synku co byś zrobił?

Znów się zamyślił i po chwili mówi:

- Powiedziałbym, żeby poszedł sobie o tach daleto, (pokazuje ręką jak daleto), daleto pjecz.

Dobre :)
Strasznie mi się to spodobało. Ale nie w kontekście Policji akurat. Ja to odczytuję tak, że Synek uznał Policjanta, który nas zatrzymuje za jakiegoś rodzaju, może nie zagrożenie ale naruszenie naszego prywatnego terytorium. Bo jedziemy sobie razem – Tato z Synkiem – w naszym samochodzie i nagle ktoś to zaburza. I to jego określenie, żeby poszedł daleko precz jest dla mnie takim wynikiem troski o naszą prywatność.

Jednocześnie dla mnie powodem do wielkiej dumy, że oto my we dwójkę tworzymy dobry zespół, jesteśmy my przeciwko nim. Fantastyczne uczucie naprawdę strasznie miłej dumy. Bo zdaję sobie sprawę, że w pewnym momencie ojciec dla syna może przestać być autorytetem a stać się rywalem. Co jest zresztą w zgodzie z naturą i trzeba o tym wiedzieć.

Jest też o tyle fajne, że dosłownie tydzień wcześniej znajomy opowiadał mi, że zdarzyło mu się wjechać na mocno ciemnozielonym na skrzyżowanie i zaraz zatrzymał go patrol. Jego synek (4 lata) siedział z tyłu i powiedział do niego coś w tym stylu:

- A widzisz, masz za swoje. Teraz będzie mandat, a nie mówiłem?

Swoją drogą ten tekst to podobno wpływ mamusi :)

Podsumowując, bardzo bym chciał, żebyśmy tworzyli team. Będę się starał. My razem możemy zwojować świat. Tylko to między innymi wymaga dużej mądrości i strasznie konsekwentnej konsekwencji.
A to wiadomo jakie trudne.

Bieg z widelcem przez płotki

No rzesz kurna.

Miałem okazję coś takiego widzieć. Rodzice postanowili, że jest pora obiadu. Tuż obok znajdował się plac zabaw. Rodzice siedzieli przy stole, kiedy dziecko postanowiło się bawić. Wszystko jakieś 15 metrów od siebie. Rodzice w knajpie, dziecko na placu, wszyscy jedzą… Wszyscy – dziecko też.

Najpierw bieg ojca z widelcem. Osłania widelec ręką (żeby nie wystygło chyba) z nadzianym jedzonkiem. Mówi:
- Zjedz kochanie, może przyjdziesz do nas?

Dziecko owszem zjadło i olewka. Włazi sobie do domku na placu.

Za 5 minut biegnie matka. Też osłania cenny kęs.

- Masz tu skarbie. Skarb pochłania i się bawi.

Runda 3 – Ojciec.

Szaleńczy bieg. Chroni strawę od wystygnięcia. Brawo.
- Przyjdź do nas, zjedz z nami…
I ucieka. Dziecko pochłonęło i się bawi.

Moje pytanie – czy tak to powinno wyglądać? Wg mnie jedzenie to jedzenie – przy stole, siedzimy, jemy i później idziemy się bawić.

Ostatnio byliśmy w knajpce. Kelnerka jak nas zobaczyła przyniosła ‘stolikowe zestawy zabawowe dla dzieci’ – kredki, bloczki do rysowania, układanki.

Pięknie.

Dzieci się bawiły, zaczęły sobie wyrywać (byliśmy ze znajomymi) i awatura. Jak wniesiono talerze schowaliśmy zabawki. Nie było siły, żeby dzieci jadły i się bawiły. Powiedzieliśmy, że jemy a zabawa po jedzeniu. Dzieci zjadły i poleciały się bawić.

Jestem zdania, że jedzenie to jedzenie, zabawa zabawą a oglądanie filmów to zupełnie inna historia.
Jeśli się mylę, to poprawcie mnie.

O i tyle.

Jak sięgnę pamięcią to zawsze mieliśmy zwierzaki w domu. Właściwie tylko psy i koty ale za to często po kilka sztuk na raz. Do pewnego czasu wydawało mi się to normalne i zawsze sądziłem, że tak będzie.

Przecież taki psiak czy kot na przykład jest ‘członkiem rodziny’. Mieszkamy z nim, dzielimy z nim nie tylko wspólny dom ale czasem też łóżko czy nawet jedzenie.

No i w ten sposób myśląc o przyszłości i o dzieciach, sądziłem, że na pewno nie możemy dzieciaka skrzywdzić i pozbawić go zwierzęcia. Chodzi o jego (dziecka) rozwój oczywiście i całe to dobrodziejstwo jakie wynika z posiadania zwierzaka.

Żyłem sobie dość długo w takim przekonaniu i nagle to się zmieniło. Najpierw z tego powodu, że kiedy zrobiłem sobie rachunek sumienia to okazało się, że zwierzak będzie dla mnie zwyczajnym kłopotem.

Jakiś czas temu (beztroski okres przed-dziecinny), sporo wyjeżdżaliśmy. Właściwie w każdy weekend gdzieś. Nie licząc dłuższych wakacji. Poza tym codzienna praca. Jak zdecydować się na niewyprowadzanie psa na spacer przez cały dzień? Okrutnikiem nie jestem. Mówię o mojej sytuacji, kiedy mieszka się w mieście, niekoniecznie posiada się ogród i codziennie jeździ się do pracy.

Później, nie mając zwierzaka w domu zacząłem zauważać u tych co go mają spustoszenie jakie on (zwierzak) czyni w domu. Głównie sierść.

PEŁNO SIERŚCI.

Sierść na dywanie, fotelach, stołach, w kubku, w lodówce, w jedzeniu. Jakoś wcześniej tego nie widziałem. A może nie zauważałem. Nie wiem czy jest tego więcej przy kotach czy przy psach. Nie wiem jak to się dzieje u zwierząt, ale znam takie modele (i to wśród bliskiej rodziny), które sierść produkują na okrągło.

No a sierść to tylko to co widać gołym okiem. To co jest mniej lub w ogóle nie widoczne to naskórek, roztocza, pasożyty… Tak na prawdę to pewnie o wiele, wiele więcej.

Według mnie, jeżeli zwierzaki wychodzą na dwór to nie ma siły, żeby nie miały w swoim układzie pokarmowym czegoś przerażającego. Wiadomo, że trzeba zwierzęta odrobaczać. OK.

Ale jednak pies na spacerze grzebie łapani w różnych miejscach i tarza się w niewiadomoczym. Przecież po powrocie ze spaceru nie ma w domu na ogół ‘buforowej strefy wyjaławiąjącej łapy’. Czy po spacerze ktoś czworonogom czyści łapy? Nie sądzę.

No i teraz czy jest to dobre dla np. raczkującego malucha? Albo nawet nie raczkującego tylko chodzącego. Przecież po podłodze walają się zabawki.

Załóżmy jednak, że nasz zwierzak jest sterylnie czysty i nie ma w sobie pasożyta, nie wącha i nie liże tyłków innym psom a na spacer wychodzi w butach, które po przyjściu zostawia w przedpokoju. Teoretycznie możliwe.

Pozostaje sierść, naskórek i roztocza. A na te masa dzieci jest uczulona, chociaż często rodzice o tym nie wiedzą.

Rezultat jest taki, że nie mamy i sądzę, że nie będziemy mieć w najbliższej przyszłości zwierzaków (czworonogów). Powody są następujące:

  • możliwe pasożyty i paskudztwa układu pokarmowego zwierzaka jak choćby tasiemiec
  • brak pomysłu co zrobić ze zwierzakiem podczas wakacji (związanego z podróżą lub lotem)
  • sierść, sierść, sierść (w przypadku sierściuchów)
  • stwierdzona alergia u naszego Synka na naskórek psa

To nie jest tak, że jestem całkowicie przeciwny zwierzętom. Ależ skąd. Pamiętajcie, że się wśród nich wychowałem. Uważam jednak, że aby mieć zwierzęcie, trzeba mieć do tego odpowiednie warunki. I nie mieszać ich mieszkania z mieszkaniem w domu, gdzie żyją ludzie i rozwijają się dzieci. O to tylko mi chodzi.

A życie jak zwykle pokaże czy dobrze zrobiliśmy czy nie.
A jak u Was ze zwierzakami?

Rodzina na wakacjach więc zostałem sam. Co to może oznaczać?

WIELE.

Po pierwsze fakty:
- rodzina ma zapewniony byt a więc cała moja troska o nich, w chwili obecnej, sprowadza się do wykonania jednego lub paru telefonów dziennie,
- rodzina jest daleko,
- dnie spędzam w pracy a wieczorami jestem sam.
Hmm.

Postanowiłem więc zrobić listę rzeczy, które może robić samotny tata. W pierwszym odruchu wydaje się, że to mogą być jakieś chore rzeczy… Przypomina mi się piosenka Kult’u: ‘Gdy nie ma dzieci’:

Ta-a ta ta ta ta-a,
Ta-a ta ta ta ta-a,
Ta-a ta ta ta ta-a,
Ta-a ra ta ta ta,
Jedna flaszka, druga flaszka i też trzecia, kurde bele, leci
Dom stoi zupełnie pusty nocą kurzą się dookoła rupiecie

Z drugiej strony rozsądnie by było ponadrabiać jakieś zaległości, na które nie ma szans na co dzień. Np:

  • porządne się wyspać
  • umówić się z kumplami na jakąś noc w mieście i dopiero wtedy porządne się wyspać
  • dokończyć składanie coraz to bardziej rozebranego motocykla z powrotem do kupy, żeby później trochę pojeździć
  • ponudzić się! – nie to chyba nie możliwe, bo zawsze jest ‘coś’

O książkach i filmach nie wspominam bo to wiadomo.

Wszystko to cacy ale muszę przyznać, że jak tylko gdzieś wyjeżdżają (rodzina znaczy się) to zwyczajnie brak mi tych mordek – umorusanej i obślinionej (Młody właśnie ząbkuje).

Pierwszy ząbek

Co za dzielny koleś z tego Młodego [5M]! Ostatnio był trochę nieznośny i zastanawialiśmy się o co chodzi. Następnego dnia zaczął ślinić się jak wściekły i tu nagle bach – jest ząbek i już widać drugi.

Zupełnie inaczej to wygląda niż wcześniej u Synka. Ten to się naryczał a Mama razem z nim. A Młody tylko się śmieje i ślini :)

Zabawny Typek.

Facebook