tatablog.pl

czyli spojrzenie Taty na całe to zamieszanie

Archiwum: Lipiec, 2010

„Moja cipcia boi się…”

Właśnie wracam z co-weekendowych odwiedzin u mojej rodzinki. Spędzają wspólne wakacje ze znajomymi i ich dziećmi. Dwie mamy, czwórka dzieci, dwóch ojców wpadających na weekendy.

Pojechaliśmy w odwiedziny motocyklami. Wczoraj padało i przestawialiśmy motocykle na mniej grząski grunt, żeby się nie poprzewracały. Przestawiać poszedłem z Synkiem, który już  mocno uczestniczy we wszystkich motoryzacyjnych historiach. Posadziłem go przed sobą, prawie na baku i zrobiliśmy małe kółko po namokniętej trawie.

Już parkowałem gdy przybiegła córeczka znajomych (4,5 roku):
- Ja też, ja też!
- OK – mówię – wsiadaj.

Zrobiliśmy podobną rundkę, przy takich obrotach silnik mocno wibruje, co przenosi się na konstrukcję motocykla. Pytam się jej czy jest fajnie a ona:
- Cipcia mi drży, ciekawe dlaczego, chyba się boi!
- To biegnij do taty i powiedz mu czy ci się podobało…

Cała reszta siedziała przy ognisku i piekła kiełbaski, kiedy dało się słyszeć na całą okolicę:
- Tato, tato, moja cipcia boi się!
Jej tata był zdziwiony:
- Cipcia boli cię?
- Nie tato, boi się.

Podsumowanie mojej sytuacji

Dziś przyszło mniej służbowych maili więc jest szansa coś tu napisać.

Nawiązując do wpisu ‘Słomiany wdowiec, czyli powrót do kawalerskiego życia‘ muszę podsumować moją obecną sytuację. Z jakiegoś wydumanego powodu, wcześniej myślałem, że będąc słomianym wdowcem da się:

  • porządne wyspać
  • umówić z kumplami na jakąś noc w mieście i dopiero wtedy porządne się wyspać
  • dokończyć składanie coraz to bardziej rozebranego motocykla z powrotem do kupy
  • ponudzić się!

Z powyższych udało się jedynie poskładać motocykl i to nawet tak, że nie zostały żadne śrubki. A co z resztą podpunktów? Nic. Absolutnie nic.

Nikt nie jest w stanie wyjaśnić tego zjawiska ale sądzę, że to sama natura wymyśliła. Kiedy w zupełnie mokrym piasku wykopie się dołek, natychmiast zapełnia się on nowym piaskiem. Wiem o czym mówię, bo niedawno sam to widziałem na plaży.

Z czasem dzieje się coś podobnego. Jeśli robi się w nim jakaś luka, to natychmiast ona wypełnia się czymś nowym. Pamiętam, że kiedyś oglądałem program o Indianach z jakiejś południowo-amerykańskiej dżungli. Była tam mowa o spędzaniu czasu na przykładzie mieszkańca wioski, który leżał na hamaku i żuł. I tak parę lat bez przerwy. Po prostu zapomniał wstać i porobić coś innego.

I kto mi powie, że nie da się?

A więc mamy trzylatka

Synek skończył właśnie 3 lata.
W weekend była impreza urodzinowa, gromadka gości w wieku od 2 do 4,5 lat. Wszystko jak należy.

Niektórzy znawcy tematu uważają, że właśnie zakończył się ‘strategiczny’ etap jego rozwoju.

I tu oczywiście chwila refleksji.

Nie odkryję Ameryki, kiedy powiem, że przerażające jest to jak szybko to zleciało. 3 lata! Chyba, każdy z Was rodziców może potwierdzić, że dopiero po dzieciach widać jak czas szybko ucieka.

Weźmy np. Młodego [6M]. Waży już jakieś 10 kilo i to jest mniej więcej trzykrotność jego wagi ‘wyjściowej’. To tak jakbym w ciągu następnych 6 miesięcy przytył do około 260kg.
No dobra do 280kg.

Ale wracając do Synka, rzecz, która jest absolutnie rozbrajająca w tym wieku to jego chęć bycia ze mną. No to po prostu rozmiękcza mnie do postaci prostego bezkręgowca.

Czas ucieka moi mili, chociaż Wam może wydawać się, że miesiące mijają i nic wielkiego się nie wydarzyło.

Kiedy ma się dziecko każdy dzień jest wielkim wydarzeniem. Pamiętajmy o tym by być z dziećmi jak najwięcej i jak najczęściej.
I wiem jakie to trudne bo do mistrza w tej dziedzinie jeszcze mi daleko.

Ale staram się jak się da.

Ugrzebieniowanie

Uwielbiam to jak dzieci radzą sobie mową i językiem. Nie mają oporów przed poszukiwaniem i stosowaniem neologizmów. A raczej infalogizmów czy pociechologizmów. Wykazują się przy tym o wiele lepszą biegłością niż na przykład dorośli, którzy starają się coś wyjaśnić w języku obcym, który słabo znają. Będę to sobie notował w osobnej kategorii, bo jak się nie zapisze to się zapomni.

Teraz usłyszeliśmy: ‘Mamo zobacz jak się ładnie ugrzebieniowałem!’

Nie po raz pierwszy obraz naszej służby zdrowia przedstawia się dość żałośnie.

Do szpitala trafiliśmy z Młodym [3M] pod koniec marca 2010. Skierowała nas tam nasza lokalna przychodnia, która wykryła u niego obturacyjne zapalenie oskrzeli. Świszczał biedaczek i charczał podczas oddychania. Testy wykazały u niego saturację na poziomie 85%. Dostał standardowe leki (w tym sterydowe) w takich przypadkach.

Warunki ‘mieszkaniowe’ określić jako chyba typowe dla nieremontowanych polskich szpitali: 2 sale na 3-6 pacjentów. W naszej, mniejszej salce leżała już dwójka innych biedaczków, jedno dziecko z tym samym co nasze, drugie z zapaleniem płuc.

Sala niewietrzona od czasów zakończenia wojny (drugiej światowej). Rozwinięte w tym zatęchłym powietrzu bakterie osiągały wielkość krążowników gwiezdnych Imperium. Oczywiście brak jakiegokolwiek zaplecza dla rodziców. Może nie licząc jednego zapadniętego fotela, na którym nie sposób wysiedzieć dłużej niż 4 i pół minuty, ponieważ plecy wyły z bólu. Szpital nie przewidział łóżek dla rodziców bo zakłada, że paromiesięczne dziecko zostawia się im pod opieką i jedzie spokojnie na tydzień czy dwa do domu, wpadając raz na jakiś czas z kurtuazyjnymi wizytami.

W szpitalu z młodym została Mama. Ja następnego dnia przywiozłem podstawowy zestaw survivalowca – łóżko polowe, poduszki, koce, wodę, zapas sucharów, krzesiwo i hubkę.

Uwierzcie mi, że nawet zaprawionym w boju, ciężko było w takich warunkach wytrzymać. I fizycznie i psychicznie. Takie coś jest w stanie spokojnie pokonać największego twardziela.

Po trzech dniach zaczęliśmy planować ucieczkę albo nawet dezercję. Po tygodniu, kiedy Młodemu zaczęło się poprawiać a saturacja osiągnęła poziom 100% wypisaliśmy się sami ze szpitala. Na własne życzenie, ponieważ szpital uważał, że należy się jeszcze u nich trochę pokisić.

Zostaliśmy potraktowani trochę jak przestępcy. Dostaliśmy przepustkę ze szpitala z oświadczeniem wzięcia na siebie odpowiedzialności za stan zdrowia dziecka. Co to może oznaczać? Że będąc w szpitalu nie bierzemy odpowiedzialności za stan zdrowia naszego dziecka? A szpital niby bierze?

No proszę.

Na szczęście wtedy szybko wyjechaliśmy z kraju, gdzie młodemu natychmiast wszystko minęło. Jak wiadomo urlopy mają taki minus, że na ogół prędzej czy później się kończą. Po powrocie Młodemu wszystko wróciło. Uczulenie na kraj? Coś w tym z pewnością jest.

Powrót do tych samych leków co poprzednio. Oprócz świszczenia podczas oddychania doszedł jeszcze przerażający ‘metaliczny’ kaszel. Specjalistą nie jestem ale sądzę, że to jeden ze skutków ubocznych brania leków. Po miesiącu braku poprawy podjęliśmy decyzję o ponownej ucieczce. Tym razem nad polskie morze.

To zaskakujące jak natychmiastowy dało to efekt. Wszystkie objawy po prostu zniknęły. Sądzę, że było kilka czynników, które nałożyły się na siebie i spowodowały taką poprawę.

Niemniej jednak moje spostrzeżenie jest zaskakujące: ilekroć uciekamy od służby zdrowia, leków i naszej akademickiej medycyny to nasze dzieci są zdrowsze.

Nie zrozumcie mnie źle. Nie jestem przeciwnikiem leków. Uważam, że leki są niezbędne dla ratowania życia. Nazywane są lekami bo leczą.

Niestety większość tak zwanych ‘leków’ działa objawowo. Nie eliminują przyczyny chorób a tylko powodują polepszenie samopoczucia pacjenta. Dlatego nie nazywam ich lekami a ‘zagłuszaczami’. Nie leczą a zagłuszają stan chorobowy. Charakterystyczne jest to, że zaraz po ich odstawieniu, choroba nawraca ponieważ jej przyczyny nie zostały naprawione.

Przyjrzyjcie się jak często chorują Wasze dzieci – raz na tydzień, dwa, miesiąc? U naszych znajomych 4-latek choruje raz na miesiąc. Rozmawiałem z jego ojcem na ten temat i on stwierdził, że to normalne bo inne dzieci też tak chorują. Chorowanie raz na miesiąc nie jest normalne! Jest sygnałem, że coś jest nie tak.

W naszym przypadku ‘leki’ jakie przyjmował Młody, powodowały między innymi rozszerzenie oskrzeli poprzez działanie na mięśnie gładkie oskrzeli prowadząc do ich rozkurczu. To nie jest leczenie.

Skutki uboczne stosowania tego co brał Młody mogą być straszne: od spadku odporności organizmu, przez grzybicę do zahamowania wzrostu dziecka. Te informacja można znaleźć w encyklopediach leków. Strach pomyśleć co jeszcze mogą robić i o czym medycyna akademicka nie wie.

Lekarze mówią, że leki robią więcej pożytku niż stwarzają zagrożenia i dlatego należy ich używać. Bilans lekko dodatni, chociaż zaraz trzeba leczyć grzybicę, a zaraz później coś innego co przy okazji powodują ‘leki’ antygrzybiczne. Czy tędy droga?

My jesteśmy zwolennikami podnoszenia naturalnej odporności organizmu i stosowania ‘babcinych’ metod leczenia tam gdzie to możliwe. To jest trudne i żmudne ale na razie to się sprawdza znakomicie.

Dla rodzica nie ma nic straszniejszego niż chore dzieci.
Życzę Wam wszystkim zdrowych, dobrze rozwijających się i pogodnych dzieci.

Zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia!

Facebook