czyli spojrzenie Taty na całe to zamieszanie
5 01
Byliśmy ostatnio u znajomych, których synek jest starszy od naszego o rok.
Znamy się od lat ale zawsze dziwi nas jak oni wychowują swojego synka. Naszła nas refleksja jak skrajnie różne podejścia mogą mieć rodzice. Dosłownie skrajnie różne.
Oni mówią do swojego synka: nie dotykaj
My mówimy: dotknij, poznaj
Oni mówią: nie wchodź, nie biegaj, chodź tu i siedź
My: wejdź, zajrzyj, biegaj
Oni go wyręczają w najprostszych czynnościach
My mówimy: dawaj sam sobie poradzisz
Staramy się aby Świat naszego Synka powiększał się a on dzięki temu uczył się, że są rzeczy dla niego dobre i złe. Przyjęliśmy z Mamą zasadę, że priorytetem w wyznaczaniu granic poznawania jest bezpieczeństwo. Do dziś cieszymy się, że pierwszą rzeczą, jaką go nauczyliśmy, kiedy zaczął raczkować to schodzić z łóżka.
Na początku to komicznie wyglądało. Nie miał kontroli nad odwracaniem i czasem robił na czworaka obrót o 270′. Ze dwa razy przy tym spierniczył się z łóżka. Było trochę płaczu ale raczej wywołanego szokiem. To go nauczyło, że jednak trzeba uważać.
Dziś Synek [17M] sam wchodzi i schodzi po schodach, na łóżko czy kanapę. Jak na niego robi to naprawdę bezpiecznie.
Często zdarza mu się potknąć i przewrócić podczas biegania. Mówi ‘baaaach’, wstaje i leci dalej.
Przed jego każdą wspinaczką mówimy mu: wejdź ale bądź ostrożny bo możesz spaść. Klepie się wtedy pogłowie, znów mówi ‘baach’ i wchodzi. Myślę, że doskonale rozumie o co chodzi.
Po każdym zejściu chwalimy go jak świetnie dał sobie radę.
Najfajniejsze jest to, że samodzielność sprawia mu wielką frajdę.
A nam to, że poznaje granice.
5 01
Wcześniej pisałem już o katarze.
Katar często towarzyszy przeziębieniu, podczas którego występuje stan podgorączkowy. Do tej pory udawało nam się walczyć z przeziębieniem domowymi sposobami.
Niedawno Synek nam się przeziębił. Zaciągnęliśmy go na długi świąteczny spacer. Było zimno a on miał zdjęte rękawiczki. Bardzo mu zmarzły rączki. Przy okazji nie zauważyliśmy, że posikał się na wylot. Niestety to wszystko nasza wina.
Ciekawe jest to, że po codziennym spaniu na dworzu Synek jest cały cieplutki, ma zdrowe rumieńce i nigdy jeszcze od tego się nie przeziębił. A tu jeden niefortunny spacer i tak go załatwiliśmy. Ech ci rodzice.
Następnego wieczora miał już 38′C i przelewał się przez ręce. Noc oczywiście niespokojna. Na szczęście tego i przez następnych parę dni sam z siebie bardzo ale to bardzo dużo pił. Wszyscy wiedzą, że częste picie jest ważne. My dajemy Synkowi wtedy ciepłą lipę do picia. Lipa rozgrzewa.
Znów pojawił się spływający, dopiero co wyleczony, katar. Na nowo w użyciu Frida. Zaraz za karatem zjawił się suchy kaszel. Na ogół przy uporczywym kaszlu chodzimy do lekarza na osłuchanie. Chcemy się upewnić, że nic mu nie zalega w oskrzelach czy płucach. Tak było i tym razem.
Oczywiście lekarz nie byłby sobą gdyby nie przygotował całej listy leków. Uznał, że to wirus, przepisał syrop prawoślazowy na kaszel + coś tam na nie wiadomo co. Syrop kupiliśmy najprostszy jaki się da, kosztował grosze. Okazało się, że Synek ma chyba na to uczulenie bo podczas dziennej drzemki dostał takiego ataku kaszlu, że nie mógł spać. Następnego dnia to samo.
Odstawiliśmy wszystko i wróciliśmy do naszych sprawdzonych domowych sposobów.
Czyli do odciągania kataru Fridą. Codziennie mega dużo picia. Często w takich sytuacjach stosujemy właśnie lipę. Dobry jest też napar z czarnego bzu.
W ciągu dnia obowiązkowy rosół z kury, ewentualnie z dodatkiem wołowiny. Świetnie sprawdza się dodanie dużej ilości natki pietruszki (zawiera dużo naturalnej witaminy C).
Na noc po myciu smaruję mu klatkę i plecy olejkiem i spirytusem kamforowym. To dobrze rozgrzewa i zdziwiło mnie, gdy lekarz skrzywił się jak to usłyszał. Powiedział, że dużo dzieci ma na to uczulenie i, że w ogóle to nie jest konieczne. Zupełnie nie kapuję dlaczego wg niego rozgrzewanie przy przeziębieniu nie jest ważne.
No cóż. U nas działa to świetnie i akurat na to nigdy nie było żadnego uczulenia. Synek to uwielbia i sam pokazuje po myciu, że jeszcze trzeba go natrzeć.
Smaruję mu też skronie, czoło i za uszami maścią kamforową. Zakładamy czapkę na noc, ciepło ubieramy i do łóżka. Katar zaczyna spływać i w nocy jest czyszczenie nosa. Czasami w nocy, niedaleko łóżka Synka zostawiamy też w podgrzewaczu rozpuszczony w wodzie olejek eukaliptusowy lub mentolowy.
Na ogół po dwóch dobach czegoś takiego jest znaczna poprawa. Temperatura mija i obchodzimy się bez jakiś strasznych leków. Nie dajemy synkowi nawet witaminy C (w leku). Bardzo wierzymy w tzw. babcine metody. Kiedyś to działało i u nas też świetnie się sprawdza. Do tego mobilizuje organizm do walki.
Dajcie znać, jeśli macie własne, dobre i sprawdzone domowe metody leczenia przeziębienia.
Życzymy dużo zdrowia
- Tata, Mama i Synek ![]()
27 12
Rzecz prawdopodobnie znana wielu rodzicom.
Synek [8-14M] w nocy budził się co powiedzmy godzinę drąc się nie do wytrzymania. Trzeba przyznać, że taka sytuacja nie tylko poważnie wpływa na bezsenność ale także bardzo działa na nerwy. Wydaje mi się, że na moje szczególnie. Dostawałem szału i zastanawiałem się ile jeszcze dam radę znieść.
Nie czytaliśmy poradników na ten temat a to naprawdę duży błąd. Prawdopodobnie na temat spania dziecka jest cała masa różnych rad. Tych dobrych, tych kontrowersyjnych i tych złych. My postanowiliśmy odkryć Amerykę na nowo. Kosztowało to wiele cierpienia ale przyniosło rezultaty.
Zresztą bardzo dobre rezultaty.
Ale zacznijmy od początku.
Do 14 miesiąca Synek miał w naszej sypialni swoje łóżeczko. Z jakiegoś powodu co noc budził się z nieprawdopodobnym rykiem. Często nie dało się go uspokoić nawet przez półtorej godziny. Ryczał jakby go obdzierali ze skóry. Tak długo ile starczało sił. Później godzina przerwy i na nowo. Nieprawdopodobny, spazmatyczny ryk.
Często właściwie nic nie pomagało. Śpiewanie kołysanek, noszenie, głaskanie, przytulanie. Macie jeszcze jakieś pomysły? Jeśli tak to od razu powiem, że one też nie pomagały.
Ktoś powiedział, że może boi się ciemności. Okazało się, że z zapaloną lampką było jeszcze gorzej.
Sprawa okazała się bardziej skomplikowana niż nam się wydawało. Rozumiem, że można mieć zły sen. Rozumiem, że podczas dnia dużo się działo i teraz wychodzą emocje. No ale co noc i to co parę godzin?
Razem z Mamą zaczęliśmy traktować to jako nasz problem. Co rano mieliśmy podkrążone oczy a wieczorem strach przed nadchodzącą nocą. Synek był napuchnięty od płaczu.
Zacząłem szukać na forach. Okazało się, że jest coś takiego jak ‘mary nocne’ i ‘nocne przerażenie’. W dodatku są to różne rzeczy, dotyczą różnego wieku i innych sytuacji w życiu dziecka.
Ani jedne ani drugie nie pasowały do naszego wzorca. Czułem, że dłużej nie będę w stanie się kontrolować. Pamiętam, że zastanawiałem się nawet jak to możliwe, że Synek ma tyle siły a my jesteśmy na skraju załamania nerwowego.
Wtedy nastąpił przełom.
Pewnej nocy, czepiając się każdej możliwości, po prostu postanowiliśmy wyprowadzić się i zostawić Synka [14M] samego w naszej sypialni.
Do dziś nie do końca rozumiem co się stało ale to pomogło. I to natychmiastowo! Tej nocy, pierwszy raz od wielu miesięcy Synek nie budził się z rykiem co parę godzin. Dosłownie.
Rozumiem to tak:
Synek doskonale wiedział, że ma nas ‘pod ręką’. Zawsze zatem mógł się upomnieć o jakieś swoje urojone potrzeby. Odkąd nocujemy w sąsiednim pokoju stało się dla niego naturalne, że ma przed kim urządzać cyrku. Dla mnie to było niewiarygodne, że tak to działa.
Oczywiście zdarzają się jeszcze sporadyczne nocne płacze. Podkreślam – płacze – a nie ryki. To jest dla mnie absolutnie normalne i pomagają zwykłe kilkuminutowe odwiedziny. Często włączam cicho kołysanki i wychodzę. Czasem wystarczy coś powiedzieć i pogłaskać. I tyle.
Pomaga też coś czego bardzo się pilnujemy.
Pomijając wyjątki jak nocne przewijanie, ‘fridowanie’ nosa czy w ogóle choroby, nigdy ale to nigdy podczas nocnego płaczu nie bierzemy Synka na ręce. W zwyczajowej sytuacji to dużo bardziej szkodzi niż pomaga. Tym bardziej nie ma mowy o braniu go do naszego łóżka.
Jest jeszcze sprawa związana z zostawianiem Synka na noc u Dziadków. Oni inaczej podchodzą do problemu. Synek nocuje u nich w sypialni a często zasypia w ich łóżku. Pomimo tego nie mamy z tym problemu. Dziadkowie robią niektóre rzeczy po swojemu. Synek nauczył się, że tam tak jest a w domu obowiązują nasze reguły.
Jak teraz wygląda zasypianie i noc napisałem w innym wpisie na blogu.
Cieszę się, bo uporaliśmy się z tym problemem. Wszyscy są zadowoleni a o to chyba chodzi. Wyszło nam na zdrowie. Tym, którzy mają podobne problemy z dziećmi w nocy polecam tę metodę. Jak zwykle najważniejsza jest konsekwencja.
21 12
Sądzę, że mniejsze lub większe problemy z zasypianiem dzieci ma większość rodziców.
Każdy sobie jakoś sobie z tym radzi. My także przez to przechodziliśmy.
Łatwiej powiedzieć niż zrobić.
Metodą prób i błędów próbowaliśmy naprawdę wielu technik. Myślę, że naszym problemem była nieznajomość lektur na ten temat.
Dziś mogę śmiało powiedzieć, że wg mnie najważniejsze jest by od najwcześniejszych chwil uczyć dziecko aby samo zasypiało. Uwierzcie mi to bardzo ważne aby dziecko same zasypiało we własny łóżeczku a najlepiej we własnym pokoju.
Znam małżeństwa, w których spanie dziecka miało wpływ na związek! Dziecko zajmowało w łóżku miejsce małżonka, który w tej sytuacji musiał wyprowadzić się do… pokoju dziecka!
Naszym celem było aby Synek sam szybko zasypiał we własnym łóżeczku, we własnym pokoju.
Jak to osiągnąć?
Znajoma opowiadała nam o metodzie ’5, 10, 15 minut’. Chodzi o metodę dr Richarda Ferbera opisaną pewnie w jakiejś z książek na temat zasypiania dzieci.
Wynika z niej, że jeśli dziecku nic nie dolega a ono płacze i płacze, powinniśmy mu pozwolić płakać przez pięć minut. Po tym czasie należy je pocieszyć coś mówiąc i pogłaskać. Nie wolno w tym czasie brać dziecka na ręce.
Jeśli sytuacja powtarza się należy wydłużać czas, w jakim dziecku pozwalamy płakać. Z pięciu minut należy zrobić dziesięć a później przeciągać do piętnastu minut zanim zaśnie.
Jakoś ciężko nam było się przekonać by Synek w nocy płakał wiele minut. Zawsze wydawało się nam, że coś złego mu się dzieje. Poza tym jak można stosować takie bezwzględne metody w stosunku do malutkiego dziecka.
Powiem tyle, że po wielu nieudanych próbach okazało się, że ta metoda działa.
Dziś po umyciu kładę Synka [17M] do jego łóżeczka. Gasząc światło mówię ‘pstryk’, później dobranoc i wychodzę.
Na ogół przesypia całą noc. Zdarza się jeszcze, że budzi się z płaczem. Na ogół wystarczy jednak krótkie pocieszenie lub danie parę łyków picia. Po tym śpi do rana.
20 12
Mam mieszane uczucia.
Do szkoły muzycznej YAMAHA Synek [17M] chodzi już parę miesięcy. Jest ‘po sąsiedzku’ więc jest bardzo wygodnie. Do tej pory z Synkiem na zajęcia muzyczne w Szkole YAMAHY chodziła Mama.
Na ostatnie zajęcia w zastępstwie poszedłem ja.
Na naszych zajęciach był jeszcze jeden dziesięcio-miesięczny chłopiec. W sumie dwójka. Może to wina okresu przedświątecznego.
Mieszane uczucia mam dlatego, że wg mnie Synek się nudził. Pokazał, że umie chodzić jak słoń i skakać jak myszki ale był zainteresowany wszystkim dookoła tylko nie zajęciami.
To są zajęcia z Foczką ‘Robby’, czyli dla dzieci od 4 miesiąca życia. Prowadząca Pani rozłożyła kocyk chcąc by dzieci na nim siedziały i skupiły się na instrumentach (grzechotki, talerze i co tam jeszcze).
Młodszy chłopiec nie umie jeszcze chodzić więc jasne, że nigdzie nie poszedł. Za to Synek nie mógł usiedzieć. Latał po całej salce. Bardziej go interesował termostat przy kaloryferze niż piosenka o padającym śniegu.
Nie był przy tym niegrzeczny czy nieznośny. Był po prostu ciekawy.
U nas w domu jest dużo muzyki. Dzięki temu Synek umie na nią reagować np. kołysząc się, tupiąc czy tańcząć. Ciężko powiedzieć czy to zasługa Szkoły Muzycznej YAMAHA czy domowego podejścia.
Nie mogłem na ten temat porozmawiać z Panią prowadzącą, bo przed zajęciami i po miała jakąś wizytację. Na razie nie mogę zrozumieć czemu służą te zajęcia. Wydaje się, że nie ma znaczenia, że dziecko niezbyt angażuje się w ich przebieg. Możliwe, że celem nie jest skupienie jego uwagi przez 45 minut. Natomiast nie było interakcji bo nie było z kim.
Możliwe, że to zajęcia nie dla niego. Namówię Mamę na zajęcia dla starszych dzieci. Kolejna grupa wiekowa dla dzieci od 18 miesiąca nazywa się ‘Szkraby i muzyka’. Pójdziemy razem. Zobaczymy jak będzie.
Przy okazji porozmawiam ze znajomą, która w którymś z tych japońskich systemów uczy. Z tym, że chyba w Szkole Suzuki. Są tam wprawdzie starsze dzieci, grające na skrzypcach, ale zapytać o podejście nie zaszkodzi.
Jak się czegoś dowiem – dam znać.
Poza tym czas zacząć z powrotem myśleć o żłobku lub o miejscu gdzie będą inne dzieci i więcej interakcji.
Najnowsze komentarze