czyli spojrzenie Taty na całe to zamieszanie
14 05
Już ponad rok temu pisałem o nagości w męskiej szatni. Zauważyłem, że mimo braku komentarzy tekst wzbudził spore zainteresowanie.
Otóż dziś chciałbym temat trochę pociągnąć. Nie jestem tylko pewien czy słowo ‘pociągnąć’ tu pasuje.
Tym razem sytuacja bardziej dotyczy nas osobiście a właściwie mnie osobiście, niż otoczenia. Chodzi o wspólny wypad na basen: Synka, mnie, czyli Taty oraz Dziadka. Dziadka-Teścia.
No właśnie.
Już przed wybraniem się na basen zastanawiałem się jak to będzie. Faceci w męskiej przebieralni zajęci są swoimi sprawami. Sądzę jednak, że normalnym jest, że każdy z nich od czasu do czasu sobie ‘łypnie’ na sąsiada. Nie wiem jak to jest w damskich szatniach ale sądzę, że podobnie.
Męczyła mnie dość krępująca myśl, że oto w naturalnej scenerii (basenowa przebieralnia) trzeba będzie rozebrać się przed Teściem. Dziwna sprawa ale mam wrażenie, że sprawa gdzieś dotyczy sytuacji związanej z jego córką. Możliwe, że z Najukochańszą Córeczką. A może ze ‘sprawcą jego wnuków’? Tak czy siak czułem się dość niezręcznie.
Od innych ojców córek wiem, że potrafią być wrażliwi na tym punkcie. I nawet wcale im się nie dziwię.
Myślałem sobie, że da się to wszystko załatwić niezauważalnie. Starałem się unikać ‘konfrontacji’. I co? I cholera jasna, zauważyłem, że mimo moich starań jednak ‘łypnął’.
Z drugiej strony w jakiś sposób atmosfera oczyściła się (albo przynajmniej tak mi się wydaje). No bo jeśli już wszystko wiadomo to dalej nie ma co ukrywać. Chyba, mam nadzieję.
Sądzę, że nie mam problemów z nagością. W jakiś sposób staram się w naturalny sposób przekazać to Synkowi. Wiem jednak, że unikać będę wspólnych (z Teściem) wypadów na basen.
24 04
Wiadomo, że skóra dziecka jest bardziej wrażliwa niż u dorosłego. Wiadomo, że trzeba się z nią ostrożniej obchodzić. Wszystko wiadomo.
Nic więc dziwnego, że wiele godzin spędzonych w basenie może nie być najlepsze dla skóry dziecka.
Właśnie tak było u Synka. Średnio 3 godziny dziennie przez 2 tygodnie w basenowej wodzie spowodowało, że skóra pozbawiona została swojej naturalnej ochrony, wyschła i zwiotczała.
W każdym razie odtwarzanie skóry po basenowym maratonie trwało ~1,5 tygodnia. Wszystko wróciło do normy.
Normalne korzystanie z basenu w Polsce, np. podczas zajęć dla maluszków, które zwykle trwają +/- 30 minut, nie powoduje takich objawów. Nic złego się nie dzieje. Jeśli dzieciak jest zdrowy wg mnie nie ma żadnych powodów dla których nie powinno się chodzić z dzieckiem na basen.
Z wielkich plusów natomiast po powrocie z tak długich kąpieli jest to, że Synek teraz pływa bez rękawków (ma za to pas wypornościowy na sobie). Dodatkowo pływa super w dowolnym kierunku, umie sie obracać i zapierniczać nogami jak motorówka. Poza basenem, jak na swój wiek, jest motorycznie super rozwinięty.
Kiedyś napisałem w naszych Złotych Zasadach, że wg nas ruch jest jednym z najważniejszych czynników pobudzających rozwój dziecka.
A więc jak zwykle plusy dodatnie przysłoniły plusy ujemne.
Niezmiennie polecam kontakt z wodą wszystkim niezdecydowanym rodzicom.
W razie pytań służę swoim doświadczeniem.
A mamy go już sporo.
Powodzenia!
11 02
Po pierwsze uzbierało się parę ‘basenowych’ wpisów i dlatego postanowiłem, że pogrupuję je w osobną kategorię:
Basenowe historie.
Temat basenowy jest dla mnie na tyle fajny, że pewnie jeszcze nie raz niego wrócę.
A teraz basen ‘od kuchni’, czyli krępujące sytuacje w męskiej przebieralni.
Ponieważ ostatnio miałem szansę być parę razy z Synkiem na basenie zauważyłem ciekawą rzecz związaną z męską szatnią. Wcześniej jakoś nie zastanawiałem się nad sprawą nagości w męskiej szatni. Ponieważ tym razem było sporo tatusiów ze swoimi dziećmi, moją uwagę zwróciły pytania paroletniego chłopaczka kierowane do swojego taty.
Dla ciekawych męska szatnia ma zwykłe szafki na kluczyk, ławeczki do przebierania i takie enklawy podobne do przymierzalni w sklepie odzieżowym. Oznacza to, że można się tam zaszyć, zasłonić kurtyną i odizolować od otoczenia.
Powiem szczerze, że wcześniej nie zauważyłem nawet, że to w ogóle tam jest. Do czasu, kiedy wspomniany tata najpierw przebrał swojego chłopaczka, a później cicho czmychnął za kurtynę zdjąć nachy. W szatni było sporo osób i nikt by nawet tego nie zauważył, gdyby nie jego synek, który krzyknął:
- Tata, gdzie idziesz?
Ponieważ krzyknął dość głośno, wokół zrobiło się cicho i dość ciekawie. Jego tata odpowiedział, że poszedł przebrać się.
Jego synek długo nie czekając krzyknął:
- Ale nikt się tam nie przebiera, wszyscy są tu!
Dla jego taty musiało to być jedno z bardziej żenujących doświadczeń bo po wyjściu z przebieralni zgarnął dzieciaka i wypadł na zewnątrz.
Piszę o tym dlatego, że jednak część stara się traktować temat nagości dość naturalnie. Szczególnie jeśli chodzi o uczenie takich sytuacji swoje dzieci. A mówimy przecież o panach w męskiej szatni.
Jest jednak coś na rzeczy w tym temacie, ponieważ kiedy indziej przyszedł tata z kilkuletnią córeczką. Córeczka widocznie była przyzwyczajona do widoku taty na golasa i bardziej jej uwagę zwrócił ptaszek małego chłopczyka niż dorosłych panów.
Zauważalne było jednak, że coś jest nie tak. Większość nagich panów szybko się zmyła a nawet ktoś coś szepnął ojcu dziewczynki. Opowiadałem później tę historię znajomym ojcom i jeden z nich przyznał, że kiedyś w podobnej sytuacji, był tak bardzo skrępowany, że szybko wyszedł z szatni.
Nie wiem dlaczego ale mam wrażenie, że podobne sytuacje w ogóle nie występują w damskich szatniach. Może się mylę i któraś z mam jest w stanie coś powiedzieć na ten temat.
Generalnie okazuje się, że niewiele ojców o tym wspomina ale kiedy przyjdzie co do czego, temat nagości własnej (męskiej) płci jest dość krępujący. Takie zachowanie jest później przekazywane dzieciom. Sprawa jest o tyle ciekawa, że właściwie nikt o tym nie mówi i cały temat jest gdzieś w edukacji pomijany. Pamiętam, że u nas w rodzinie też nigdy nie rozmawiało się na takie tematy.
Rozmawiałem o tym z kolegami ojcami i jeden z nich przyznał, że też mocno improwizuje, kiedy synek np. podczas wspólnej kąpieli złapie go za siusiaka. Łapie bo dzieciak jest ciekawy ale z drugiej strony ciężko na to pozwalać i udawać, że to jest to samo co np. ręka. Czyli dziecko i tak uczy się, że siusiaki (nawet w męskiej przebieralni) to coś wstydliwego i tak już chyba pozostanie.
Ciekaw jestem jak inni sobie z tym radzą i czy w ogóle jest to coś o nad czym warto się zastanawiać.
28 01
Ciekawa dyskusja miała miejsce dziś na forum babyboom.pl.
Uczestnikami były głównie mamy chcące dowiedzieć się czy chodzenie na basen jest dobre dla małego lub bardzo małego dziecka. No i ja.
W takim przypadku grupa była podzielona na dwa klarowne obozy – za i przeciw basenom.
Właściwie dyskusja stała się o tyle wg. ciekawa, że dotyczyła w pewnym momencie zagadnienia związanego w ogóle z bezpieczeństwem.
Z jednego wpisu wynikało, że jest więcej szkód niż korzyści, ponieważ między innymi skoro małe dzieci i tak nie umieją pływać to mogą lekceważyć zagrożenie związane z wodą.
Czyli reasumując, jeśli nasze dziecko będzie się czegoś bało to nie zrobi tego.
Bardzo słuszne myślenie i wiele osób się z tym zgodzi. Np. jeśli dziecko będzie bało się ognia to bardzo prawdopodobne, że do nie go nie wejdzie.
Zdałem sobie wtedy sprawę, że naszego Synka staramy się uczyć zachowań w danej sytuacji.
Podam przykład.
Nasz Synek zaczął chodzić jak miał 10 miesięcy, czyli chodzi teraz od jakiś 7 miesięcy.
Nauczyliśmy go, że może chodzić sam po chodniku (w towarzystwie dorosłego) ale po jakiejkolwiek ulicy musi iść ‘za rękę’. Pomimo tego, że umie chodzić i nauczyliśmy go zatrzymywania się przed ulicą nigdy nie zostawilibyśmy go na chodniku czy ulicy samego ponieważ, co oczywiste, jest to tam raczej niebezpieczne.
Uczymy go nawyków.
Z wodą jest u nas podobnie, to że lubi się kąpać w wodzie, nie oznacza, że do niej wskoczy jak ją tylko zobaczy, ponieważ między innymi nauczył się, że wodzie jest tylko z rodzicami. Gdyby jednak miał zamiar wskoczyć to i tak jesteśmy z boku, żeby go odwieść od takiego zamiaru.
Idąc dalej tym tropem, twierdzę, że zaznajamianie z wodą czy ulicą jest bezpieczniejsze niż unikanie kontaktu z nią.
8 12
Od pierwszych dni swojego życia Synek ma aktywny kontakt z wodą. Wg mnie to dobrze, bo nie przeżywał szoku, kiedy woda lała mu się po twarzy i kiedy niechcący dał nura w wanience.
Poza tym z Mamą bardzo lubimy wodę. Mama nawet bardziej. Spędziła w niej masę czasu pływając i nurkując gdzie się dało.
Dlatego naturalnym dla nas krokiem jest nauka naszego Synka kontaktu z wodą.
Ze względu na nasz klimat mamy niestety bardzo mało możliwości korzystania z wody w jej naturalnych warunkach. Mówię oczywiście o komfortowych warunkach, ponieważ mam totalnie gdzieś potrzebę bycia morsem. Mamy zatem do wyboru: albo jechać tam gdzie woda jest ciepła albo iść na basen. Oczywiście wolę to pierwsze ale ponieważ mieszkamy w Polsce ciężko tu mówić o regularności.
Aby Synek miał regularny kontakt z wodą chodzimy a raczej Mama chodzi z nim na basen.
Basen ma swoje plusy i minusy. Oczywistym plusem jest jego dostępność a minusem są jego warunki higieniczne. Istnieje też szansa spotkania w basenowej wodzie czegoś, przy czym spis wirusów jakich nosicielem jest przeciętny tajski transwestyta wydaje się zwykłym katarem.
Na szczęście z czystością wody w basenach jest coraz lepiej, ozonowanie wody wypiera chlorowanie, są filtry, uzdatniania, stała kontrola sanepidu, itd. Nie jesteśmy zresztą typem rodziców, którzy zamartwiają się na zapas. Do tej pory nie było żadnych problemów. Jeśli pojawią się problemy zmienimy basen.
Jeżeli są takie możliwości to bardzo polecam szkołę pływania dla niemowląt. Którą wybrać? Jest ich kilka i najlepiej porozmawiać z rodzicami, którzy już tam chodzą. Zajęcia są dopasowane odpowiednio do wieku. Jeśli miałbym je oceniać to uważam, że jest to rewelacyjny sposób na naukę koordynacji ruchowej, poczucia bezpieczeństwa, oswajania się z wodą i swoimi możliwościami w jednym.
Pierwszy raz Synek poszedł na takie zajęcia, kiedy miał 3 miesiące. Teraz chodzi tam co tydzień. Od samego początku zajęcia były prowadzone razem z rodzicami. To super, bo wzmacniają u dzieci poczucie bezpieczeństwa. Zajęcia są bardzo rozwojowe ale najważniejsze jest to, że oswajają z wodą. Dzięki temu już paromiesięczne dzieciaki wiedzą, że woda ich nie rozpuści. Wszystko jest ok.
Dzisiaj Synek [17M] sam skacze do wody i pływa w założonym kierunku (oczywiście w rękawkach).
Zuch z niego!
Najnowsze komentarze