tatablog.pl

czyli spojrzenie Taty na całe to zamieszanie

Wielki ośmiomiesięcznik

Ok, wiem, że to nie żadna okrągła rocznica ale do pierwszego roku życia, towarzysko dopuszczalne jest obchodzenie miesięcznic dziecka. Dziś Młody kończy właśnie ósmy miesiąc. A co potrafi taki 8-śmio miesięcznik?

Przede wszystkim potrafi olewać groźne zakazy. Zakazy są groźne, ponieważ dotyczą elementarnych spraw bezpieczeństwa, jak choćby nie wkładania paluszków do kontaktów. Na groźną minę i podniesiony ton… rozbrajająco chichocze. Minimum co trzeba wtedy zrobić,  to odwrócić się, żeby nie parsknąć mu śmiechem prosto w twarz. A najlepiej szybko uciec gdzieś w drugi kąt mieszkania.

Dość mało pedagogiczne jak mi się wydaje: zrobić groźną minę i szybko uciec.

W sprawie tych kontaktów będę musiał poczekać i zastosować również mało pedagogiczną metodę użytą w przypadku Synka, która jednak raz zastosowana działa do dziś. A ponieważ nie zależy mi, żeby w przyszłości został elektrykiem, nie przejmuję się tym za bardzo. Ważne, że działa.

Wracając do ośmiomiesięcznika…

Właśnie z pełzaka przekształca się w czworaka, ma już z osiem zębów, które wyrastają jak grzyby po deszczu, zaczyna jeść dodatkowe rzeczy oprócz najbardziej ulubionego mamusinego. Miny robi przy tym niemiłosierne, bo nie bardzo mu to chyba pasuje.

Umie skutecznie postawić na swoim. Nauczył się, że beczeniem da radę wiele zdziałać. Mimo obciętych pazurów potrafi wydrapać dziurę w ramieniu dorosłego człowieka. Potrzebne mu to jest do spokojnego zasypiania na rękach.

Potrafi dostrzec paproch wielkości rozwielitki i w skupieniu zawzięcie dziobać go palcem. Potrafi też całą masę zwyczajnych rzeczy, które są tak zaskakujące dla jego rodziców.

Nazywam się „Ja sam”

Synek [2L10M] właśnie taki przechodzi etap. Wszystko chce robić sam. Nie ukrywam, że napawa mnie to wielką dumą. Wydaje mi się, że właśnie ku temu powinna zmierzać edukacja dzieci. Szykujemy je przecież do radzenia sobie w życiu. „Ja sam” jest często padającą dziś uwagą z jego strony. Ja sam naleję, ja sam wejdę, ja sam przyniosę, nałożę, pomaluję, wycisnę, naleję…

Czasami wydaje mi się, że momentami dość mocno popuszczamy cugle swobody. A może nie? Bo z drugiej strony jeżeli drzwi nie otwiera się coraz szerzej, to jak nauczyć dziecko wyglądania przez nie na świat? Upadki, otarcia, porażki są jego częścią. Ważne jest jakie wnioski i nauki się z nich wyciąga. Właśnie dlatego wydaje mi się, że to jednak słuszne podejście.

Włos mi się jeży na głowie gdy słucham tych wszystkich zakazów padających np. na placach zabaw. „Nie biegaj”, „Nie ruszaj”, Nie wchodź tam, bo się ubrudzisz”! Co więcej nie rozumiem tego. Dlaczego dziecko ma nie biegać na placu zabaw? To po cholerę tam w ogóle chodzić. Przecież on jest do biegania!

To tak jakby wysłać kogoś sportowym superautem na tor wyścigowy i powiedzieć: „Tylko nie jeździj szybko, bo ci się silnik zagrzeje”. Przecież ludzie tam jeżdżą właśnie po to by poszaleć!
No właśnie, tu trzeba zastanowić się nad tym chwilę.

Nie mówię, że dzieci trzeba puszczać zupełnie samopas. Ani zakazy ani z drugiej strony całkowita obojętność nie są dobre. Trzeba to wszystko po prostu wypośrodkować. Dlatego trzeba być czujnym obserwatorem i pozwalać na tyle, żeby było bezpiecznie ale jednocześnie, żeby cały czas stawiać ten mały kroczek do przodu.

Są miejsca specjalnie dedykowane do mniej lub bardziej kontrolowanego szaleństwa. Może to być plac zabaw, tor wyścigowy czy dom uciech. Są to miejsca specjalnie przygotowane do tego by poużywać sobie do woli. Jest to nawet wskazane i takiej reakcji oczekuje się od uczestników. W innych okolicznościach wszystkie powyższe aktywności mogą być albo niebezpieczne albo przynajmniej nie na miejscu.

Pozwalajmy zatem swoim dzieciom poszaleć na tyle na ile pozwalają okoliczności. Niech włażą, biegają, skaczą, przewracają i czołgają się. Wszystko w imię ich zdrowego rozwoju.

Kochane smaki

Niesamowite, jak lubimy niektóre smaki i jak jesteśmy do nich przyzwyczajeni.

Gdyby zastanowić się to większość lubianych przez nas smaków wywodzi się z wczesnych czasów rodzinnego domu. Między innymi stąd bierze się pojęcie ‘kuchnia mamusi’. Będąc dorosłymi zdarza się, że smakując jakąś potrawę odbywamy podróż w przeszłość do swojego dzieciństwa… Dlaczego tak się dzieje?

Według mnie dlatego, że w czasie kształtowania się naszych nawyków żywieniowych byliśmy najprawdopodobniej pod skrzydłami Mamusi. Gdy byliśmy głodni to ona napełniała nasze brzuszki jedzonkiem, od którego robiło się dobrze. I ciepło. To wszystko zapisało się nam prawdopodobnie jako poczucie bezpieczeństwa.

Może tak jest a może nie. Sądzę jednak, że wiele lat później mając własne dzieci nie zdajemy sobie sprawy, że to co dziecko właśnie je może kształtować jego smak. A może więcej? A może nawet mieć wpływ na jego przyszłe życie a nawet związek partnerski?

Przeanalizujmy to. W dzieciństwie przyzwyczailiśmy się np. do smaku kotleta. Albo pomidorowej. Możliwe, że parę dekad później, kandydat(ka) na naszą drugą połowę będzie chciał(a) trafić do nas ‘przez żołądek do serca’. Może nawet zrobić wywiad środowiskowy i ugości nas ulubioną Zupą Pomidorową. Niby prosta rzecz. W rzeczywistości okazuje się, że nie taka prosta.

Przed laty przyzwyczailiśmy się wprawdzie do smaku zupy pomidorowej ale innej zupy pomidorowej. Takiej robionej głównie z koncentratu pomidorowego na kostce rosołowej a nie z prawdziwych przecieranych pomidorów z warzywami.

Przez uprzejmość nie wybrzydzamy więc, mając jednak w pamięci Tamtą Zupę Pomidorową. Niby zupa to zupa. Po kilku takich zupach okazuje się jednak, że nasz(a) partner(ka) nie umie jednak gotować. Gotować potrafiła Mamusia.

Czy jest jakiś morał tej historii? Raczej nie.

Nasze dzieci właśnie kształtują sobie smaki. Teraz może być trudniej bo wiele dzieci jest uczulonych, np. na gluten. Wyklucza to wiele składników na bazie pszenicy. Czy to, z czym będą sobie kojarzyć poczucie bezpieczeństwa może mieć wpływ na ich późniejsze życie? Czy będą je sobie kojarzyły z kotletem, fast foodem, czy z hinduskim dalem z soczewicy?
To zależy wyłącznie od nas.

Na koniec prosty przepis na pomidorówkę z ryżem.

SKŁADNIKI:

  • jedna mała marchewka i pietruszka
  • ćwiartka niedużego pora i selera
  • mała puszka 30% koncen­tratu pomidorowego
  • 2/3 szklanki ugotowanego ryżu
  • łyżeczka oliwy
  • sól

PRZYGOTOWANIE:

Jarzyny, oskrobane lub obrane, umyte i starte na gru­bych oczkach tarki (por i część marchewki pokrojone w plasterki), ugotować w 3 szklankach wody z dodatkiem oliwy i soli.
Gdy jarzyny będą miękkie, dodać koncentrat pomidorowy i dokładnie wymieszać. Na końcu do zupy pomidorowej dodać ugotowany ryż.

Basenowa dyskusja

Ciekawa dyskusja miała miejsce dziś na forum babyboom.pl.

Uczestnikami były głównie mamy chcące dowiedzieć się czy chodzenie na basen jest dobre dla małego lub bardzo małego dziecka. No i ja.

W takim przypadku grupa była podzielona na dwa klarowne obozy – za i przeciw basenom.
Właściwie dyskusja stała się o tyle wg. ciekawa, że dotyczyła w pewnym momencie zagadnienia związanego w ogóle z bezpieczeństwem.

Z jednego wpisu wynikało, że jest więcej szkód niż korzyści, ponieważ między innymi skoro małe dzieci i tak nie umieją pływać to mogą lekceważyć zagrożenie związane z wodą.

Czyli reasumując, jeśli nasze dziecko będzie się czegoś bało to nie zrobi tego.
Bardzo słuszne myślenie i wiele osób się z tym zgodzi. Np. jeśli dziecko będzie bało się ognia to bardzo prawdopodobne, że do nie go nie wejdzie.

Zdałem sobie wtedy sprawę, że naszego Synka staramy się uczyć zachowań w danej sytuacji.

Podam przykład.
Nasz Synek zaczął chodzić jak miał 10 miesięcy, czyli chodzi teraz od jakiś 7 miesięcy.

Nauczyliśmy go, że może chodzić sam po chodniku (w towarzystwie dorosłego) ale po jakiejkolwiek ulicy musi iść ‘za rękę’. Pomimo tego, że umie chodzić i nauczyliśmy go zatrzymywania się przed ulicą nigdy nie zostawilibyśmy go na chodniku czy ulicy samego ponieważ, co oczywiste, jest to tam raczej niebezpieczne.

Uczymy go nawyków.

Z wodą jest u nas podobnie, to że lubi się kąpać w wodzie, nie oznacza, że do niej wskoczy jak ją tylko zobaczy, ponieważ między innymi nauczył się, że wodzie jest tylko z rodzicami. Gdyby jednak miał zamiar wskoczyć to i tak jesteśmy z boku, żeby go odwieść od takiego zamiaru.

Idąc dalej tym tropem, twierdzę, że zaznajamianie z wodą czy ulicą jest bezpieczniejsze niż unikanie kontaktu z nią.

Facebook