tatablog.pl

czyli spojrzenie Taty na całe to zamieszanie

Już ponad rok temu pisałem o nagości w męskiej szatni. Zauważyłem, że mimo braku komentarzy tekst wzbudził spore zainteresowanie.

Otóż dziś chciałbym temat trochę pociągnąć. Nie jestem tylko pewien czy słowo ‘pociągnąć’ tu pasuje.

Tym razem sytuacja bardziej dotyczy nas osobiście a właściwie mnie osobiście, niż otoczenia. Chodzi o wspólny wypad na basen: Synka, mnie, czyli Taty oraz Dziadka. Dziadka-Teścia.
No właśnie.

Już przed wybraniem się na basen zastanawiałem się jak to będzie. Faceci w męskiej przebieralni zajęci są swoimi sprawami. Sądzę jednak, że normalnym jest, że każdy z nich od czasu do czasu sobie ‘łypnie’ na sąsiada. Nie wiem jak to jest w damskich szatniach ale sądzę, że podobnie.

Męczyła mnie dość krępująca myśl, że oto w naturalnej scenerii (basenowa przebieralnia) trzeba będzie rozebrać się przed Teściem. Dziwna sprawa ale mam wrażenie, że sprawa gdzieś dotyczy sytuacji związanej z jego córką. Możliwe, że z Najukochańszą Córeczką. A może ze ‘sprawcą jego wnuków’? Tak czy siak czułem się dość niezręcznie.

Od innych ojców córek wiem, że potrafią być wrażliwi na tym punkcie. I nawet wcale im się nie dziwię.

Myślałem sobie, że da się to wszystko załatwić niezauważalnie. Starałem się unikać ‘konfrontacji’. I co? I cholera jasna, zauważyłem, że mimo moich starań jednak ‘łypnął’.

Z drugiej strony w jakiś sposób atmosfera oczyściła się (albo przynajmniej tak mi się wydaje). No bo jeśli już wszystko wiadomo to dalej nie ma co ukrywać. Chyba, mam nadzieję.

Sądzę, że nie mam problemów z nagością. W jakiś sposób staram się w naturalny sposób przekazać to Synkowi. Wiem jednak, że unikać będę wspólnych (z Teściem) wypadów na basen.

Rodzina S.A.

No właśnie.

Z ekonomicznego punktu widzenia instytucja Rodziny niewiele różni się od spółki kapitałowej. Podobnie jak w spółce mamy więc zarząd, radę nadzorczą i udziałowców lub akcjonariuszy. Zarząd to Zarząd – wiadomo, ma Prezesa lub w tym konkretnym przypadku częściej Prezesową.

Rodzina S.A. posiada też budżet, plany rozwojowe, inwestycyjne, itd. I w sumie na tym podobieństwa się kończą. Dalej sytuacja nieco się gmatwa.

Radę Nadzorczą stanowi właściwie wyłącznie Zarząd. W skrajnych przypadkach Radę tworzą też Doradcy. Najbliżsi, naturalni doradcy to Dziadkowie lub Teściowie. Zarząd składa się wyłącznie z pracowników, z czego najczęściej połowa z nich stara się przysporzyć spółce korzyści majątkowych a reszta Zarządu, który tworzy najczęściej Prezesowa, poświęca się doskonaleniu i zrównoważonemu rozwojowi reszty akcjonariatu.

Mówiąc o akcjonariacie dobrze wspomnieć też o dywidendach. W Rodzinie S.A. Decyzja o wypłacie dywidend jest dość prosta. Z reguły dywidenda pozostaje w spółce i jest przeznaczana na tzw. inwestycje, szeroko rozumiane jako… zakupy.

Zakup domu, samochodu, telewizora, wyjazdu na wakacje, czy nawet wacików. Dzięki temu teoretycznie akcjonariuszom żyje się lepiej. Chciałbym tu zaznaczyć jedną ważną rzecz. Dywidendy mogą być wypłacane gotówką akcjonariatowi.

Pracujący Zarząd też do niego należy! Prezesowi też należy się gotówka i to nie ta rozumiana jako wspólne wykorzystanie dywidend na ‘cele inwestycyjne’. Mówię o normalnych, żywych, szeleszczących banknotach w kieszeni.

Panuje mylne przekonanie, że gotówka w kieszeni Prezesa powoduje jego nieprzewidziane, niekorzystne dla spółki konsekwencje. Nic bardziej mylnego!

Apeluję do reszty Zarządu i Rady Nadzorczej aby część dywidend wypłacać bezpośrednio Prezesom. Oni potrzebują regularnie spotykać się z innymi Prezesami aby omawiać ważne aspekty rozwojowe, oszacować kwestie zarządzania ryzykiem i przedyskutować sprawy związane z obecną sytuacją rynkową.

Przecież z takich spotkań jasno wynikają same korzyści.

Ponieważ dopadł mnie ostry wirus, ze względów bezpieczeństwa postanowiliśmy, że stan kryzysowy Synek przeczeka u Dziadków. Tak się złożyło, że najpierw był u jednych parę dni i parę dni u drugich. Łącznie 4 dni. Niby nie długo.

Pamiętam, że podczas ‘zdawania’ działał bez zarzutu. Można by powiedzieć, że chodził jak szwajcarski zegarek. Po odbiorze za to… dostaliśmy z powrotem coś co wyglądem przypominało Synka a zachowaniem jakieś obce dziecko.

O podejściu Dziadków pisałem już wcześniej ale widzę, że to poważniejsza kwestia… czyżby czas na zrewidowanie poglądów?

Przed chwilą rozmawiałem o tym z Mamą. Wnioski są w sumie oczywiste. Albo zabronimy kontaktów z Dziadkami albo przystajemy na ich warunki. Coś za coś.

W sumie jednak nie jest tak źle. Normalną rzeczą jest, że Dziadkowie pozwalają na duuużo więcej. Jest tak jakby z definicji. Poza tym sporo się tam uczy i poznaje nowe rzeczy. Dziadkowie po prostu ‘nie mogą patrzeć jak dziecko płacze’. No a płacze bo wymusza. I mamy błędne koło.

Trzeba jednak siły by przez to przejść obronną ręką. Po przyjeździe Synek sprawdza czy nowo przetestowane na Dziadkach zagrywki w domu też działają. Na ogół nie działają… i co? RYK. Rzuca się na podłogę i zaczyna przedstawienie.

Spazmy, szloch… Scenka wygląda w sumie strasznie… Biedne dziecko rycząc szamocze się w konwulsjach po podłodze. Obok, niewrażliwi na tę sztukę, siedzimy my – rodzice – tyrani. Wewnątrz oczywiście gotuje się, serca łopoczą, pokątnie łypiemy wzrokiem.

Na ogół nie trwa to jednak długo. Po chwili, kiedy Synek zdaje sobie sprawę, że cały jego show na nic, zwyczajnie przechodzi do innych czynności.

Chyba zaczyna rozróżniać co wolno tam a co w domu. Poza tym nawet 4 dni u Dziadków nie są w stanie zniweczyć naszego codziennego wysiłku. Tak mi sie przynajmniej wydaje.

Znów zaczyna tykać po staremu.

Dziadkowie widzą niektóre sprawy po swojemu. Szanują nasze podejście do wychowywania Synka ale czasem postępują nie tak jak byśmy z Mamą chcieli. Pytanie co robić w takiej sytuacji.

Wyszliśmy z założenia, że tak powinno zostać. Uważamy, że dzięki odmiennym poglądom dowie się, że różni ludzie mogą mieć różne zdania na te same sprawy. W końcu dużo więcej czasu Synek spędza w swoim domu niż u Dziadków, gdzie bywa dużo, dużo rzadziej. Co z tego wyniknie? To się okaże.

Dodatkowym problemem jest to, że Dziadkowie mają bardzo dużą skłonność do ulegania Synkowi. Biegną na jego prawie każde zawołanie. No cóż. Tacy już są i chwała im za to.

Wiele razy będę powtarzał, że najważniejsze są Zasady. Stosujemy się do niech i Dziadkowie też. Cała reszta to kwestia indywidualnego podejścia.

Dziadkowie to bardzo potrzebna Instytucja.

Mamy szczęście bo zarówno jedni jak i drudzy Dziadkowie Synka chcą i mogą się nim zajmować. Mamy już wyznaczone dni, kiedy się nim zajmują. Jest jeden z nielicznych momentów, kiedy możemy mieć czas dla siebie.
To bardzo, bardzo ważne by mieć czas dla siebie.

Poza tym Dziadkowie to najbliższa rodzina, a oni mają już swoje doświadczenie w wychowywaniu… nas.
Oczywiście mają swoje widzimisię w wielu sprawach ale to dobrze, bo Synek uczy się, że nie u wszystkich jest tak samo. Rzecz jasna nadal obowiązują Zasady.

Babcie były bardzo potrzebne w pierwszych tygodniach po urodzeniu Synka. Wtedy właśnie okazało się, że taka pomoc jest niezbędna, ponieważ nagle Mama zdała sobie sprawę jak mało wie. Ja, Tato, nie zdawałem sobie sprawy jak mało wiem bo po prostu nadal przeżywałem szok nowej roli.

Teraz, kiedy Synek [17M] jest starszy Dziadkowie zabierają go na spacery, karmienie kaczek i kurek oraz na place zabaw.
Synek nocuje u Dziadków a my mamy wieczór dla siebie. Czas wolny.

Taki czas wolny jest potrzebny bo pozwala nam snuć dalsze plany, związane między innymi z Dzidziusiem [2MC], który jest już w drodze.

Dziadkom, którzy są teraz w nowej roli ten kontakt też bardzo służy. Więcej spacerują, korzystają z ruchu, bawią się jak za dawnych lat. Po prostu młodnieją.

Jeśli to tylko możliwe, to trzeba korzystać z pomocy Dziadków. To jest dobre dla wszystkich.

Facebook