czyli spojrzenie Taty na całe to zamieszanie
12 05
Właśnie takie pytanie ktoś zadał: Czy jest lek na to by nie bolały uszy podczas lądowania samolotu. Sądzę, że pytanie mogło dotyczyć dziecka – czy można coś dziecku dać by nie bolały uszy?
Można! I nawet trzeba! Jest super ‘lek’ na to – nazywa się – przełykanie. Podczas przełykania porusza się szczęką, powodując, że w uchu ‘pyka’ i ciśnienie między tym co na zewnątrz głowy a tym co wewnątrz głowy, wyrównuje się.
W zależności od możliwości, diety lub wieku dziecka, najskuteczniejsze są (bo wymuszają przełykanie):
W zależności od możliwości należy przygotować zapas powyższych specyfików na start i na lądowanie. My stosujemy to za każdym razem i nie ma żadnych kłopotów podczas lotu.
Uwagi:
5 05
Jakieś 2 miesiące temu cieszyłem się jak dziecko (wpis o wakacyjnych rozmyślaniach) na myśl o spędzaniu wspólnego czasu z własną rodziną. Przyszedł czas na podsumowanie i zrewidowanie pierwotnych poglądów o wspólnym wypoczynku.
Pierwszy wniosek jest taki, że wakacje, jakie by nie były, muszą trwać co najmniej 2 tygodnie. Nie wiem jak inni ale ja potrzebuję minimum jednego tygodnia wakacji by dopiero je poczuć. Bierze się to stąd, że na co dzień tak bardzo jesteśmy zaangażowani w bieżące sprawy, że na oderwanie się od nich potrzeba trochę czasu. I to bardziej, niż nam się wydaje. Mam wprawdzie znajomego, który twierdzi, że jemu zabiera to ok 3 sekund, ale on bardzo często wyjeżdża na wakacje, więc to się nie liczy.
Druga refleksja jest dla mnie zaskakująca, choć dla każdego wielodzietnego rodzica to żadna nowość. Byliśmy całą grupą osób z czego dużo rodziny i paru znajomych. we czwórkę. Ja, Synek [2L10M], jego braciszek, czyli Młody [4M] i Mama. Wydawało mi się, że będziemy spędzać ten czas razem. Okazało się, że ja spędzam czas z Synkiem a Mama z Młodym. Powodem tego były zupełnie inne rytmy dnia i potrzeby dwójki dzieci.
Zdarzało się, że spały razem w ciągu dnia ale było to raczej przez przypadek.
Zupełnie nie zdawałem sobie z tego sprawy. Szkoda bo to jak dla mnie duży minus całego wyjazdu. Czas przyzwyczaić się do zmian
Ale po kolei
Po pierwsze lot samolotem z małym dzieckiem to absolutnie żaden problem. Trzeba być tylko do niego dobrze przygotowanym. Mówię o niezbyt długich lotach, takich do 5 godzin. Nie wiem jak wyglądają długie loty z przesiadkami. Myślę, że to one są prawdziwym wyzwaniem. Trzeba jeszcze wziąć pod uwagę transfery z lotniska na miejsce. Te potrafią trwać. Oczywiście człowiek nie jest taki, żeby nie dał rady ale długi lot z przesiadkami może być mordęgą.
Po drugie wakacje strasznie zbliżają. Mówię o sobie w odniesieniu do dzieci, bo po prostu można z nimi przebywać, tzn. uczestniczyć we wszystkich aspektach życia codziennego. A tego na co dzień nie ma. Można razem budować jamy z kołdry, razem jeść, razem poznawać nowy świat i bawić się w nieskończoność.
I właśnie ten czynnik powoduje, że tak lubię wakacje. Fajne jest też to, że dzieci a raczej Synek zbliżył się do Młodego. Zaczął go zauważać a nawet trochę pomagać.
Brakuje mi tylko tego elementu bycia razem we czwórkę. Jak się okazuje jest o to bardzo ciężko. Albo może zwyczajnie się jeszcze nie nauczyliśmy jak to robić. Nauka czyni cuda, czyli potrzeba więcej wakacji.
Jakie to proste
25 03
Ostatnio ktoś ze znajomych pytał – jak radzicie sobie z przelotami? Zauważyłem, że wielu rodziców zadaje to pytanie na różnych forach.
Nasz Synek latał już parę razy dlatego mamy jakieś doświadczenie na ten temat.
Po raz pierwszy leciał samolotem kiedy miał 3 miesiące. Później, kiedy miał miej więcej 3,5 miesiąca leciał po raz drugi. Niedawno [19M] leciał po raz trzeci i czwarty.
Trzeba pamiętać, że 1 przelot = 2 starty i 2 lądowania (w obie strony).
Właśnie lądowania są najgorsze. Zmienia się ciśnienie i zatykają się uszy.
Ale może zacznijmy od początku. Podczas pierwszego lotu Synek miał mniej więcej 3 miesiące kiedy wybraliśmy się do Egiptu.
Dobrze jest kiedy, przynajmniej za pierwszym razem leci ktoś, kto pomoże w całej logistyce. Jest tego od cholery i najlepiej za pierwszym razem nie lecieć samemu / samej. Wyobraźmy sobie, że po odprawie zostaje nam wózek, nasza torba podręczna, torba dziecka, wszystkie dokumenty no i samo dziecko.
Oczywiście wszystko się da się znieść ale dla Synka, samolotowej dziewicy to dość dużo.
W naszym przypadku wózek towarzyszył nam aż do wejścia na pokład. Dopiero wtedy obsługa go gdzieś zabrała. Słyszałem, że bywa z tym różnie, bo podobno czasami wózek oddaje się podczas nadawania bagażu. Dlatego warto wcześniej zadzwonić i zapytać się jak w Waszym przypadku będzie z wózkiem.
Jeśli mamy bardzo małe dziecko, podczas odprawy (lub nawet wcześniej, telefonicznie) dopytajcie się, czy są specjalne miejsca do spania dla dzieci. W niektórych liniach i samolotach z samego przodu, na ściance przed naszym fotelem załoga może przyczepić coś w rodzaju łóżeczka. To bardzo wygodne ale nie wszędzie to jest (szczególnie w tanich liniach). Przemyślcie wtedy co zabrać ze sobą, żeby dzieciak mógł spać. Może dodatkowo trzeba zabrać ze sobą nosidełko.
Osobną kwestią jest bagaż podręczny.
W nim powinno być wszystko co potrzebne jest do długiej podróży z małym dzieckiem. Pieluchy z całą kosmetyką, zmiana ubrania (czasem zimą lecimy w ciepłe miejsca i wtedy coś trzeba zrobić z ciepłymi kurtkami, i jednocześnie trzeba mieć letnie rzeczy pod ręką), bo dziecko może się przecież w trakcie podróży posikać czy czymś zalać, coś do zabawienia dzieciaka, no i w naszym przypadku (bezglutenowiec) jedzenie.
Kiedy Synek leciał po raz pierwszy z jedzeniem nie było problemów, ponieważ wtedy był tylko cycek.
Warto spytać przed konkretnym lotem o:
- co można wnosić na pokład w przypadku małego dziecka
- co stanie się z wózkiem i jak daleko można nim podjechać
- płyny i jedzenie – w jakich opakowaniach można wnosić
- wnoszenie ewentualnych leków
- dodatkowe obostrzenia na konkretnych lotach
Potencjalne problemy.
Poważnym problemem może być spóźniony odlot samolotu (w przypadku czarterów czy tanich linii to jest dość typowa sytuacja) czy przesiadki. To wszystko trzeba uwzględnić lub założyć, że się stanie.
Przypuśćmy, że rozstaliśmy się z całym bagażem, zostały podręczne torby, wylądowaliśmy późną nocą w jakiejś przerzutowej dziurze, w której po 22 wszystko jest pozamykane, do następnego odlotu pozostały np. 2 godz. gdy na tablicy odlotów pojawia się informacja, że nasz następny rejs jest opóźniony o 4 godziny.
Siedzimy na lotnisku, sklepy pozamykane, pilot wycieczki gdzieś zniknął a nam skończyły się zapasy…
Ok, powiedzmy, że to sytuacja podbramkowa i to moje gdybania na wyrost ale jak powiadają ‘strzeżonego Pan Bóg strzeże’.
Start – lecimy.
Start na ogół nie nie jest problemem. Trzeba natomiast pamiętać, że u malutkiego dziecka organizm dopiero rozwija się. Uszy też. Dlatego podczas startu i lądowania, kiedy zmienia się ciśnienie należy co chwilę poić. Ciężko wymyślić inny sposób by maluch przełykał (bo wtedy wyrównuje się ciśnienie w uszach). Kiedy maluch jest na cycku, może okazać się, że mleka nie wystarcza. U nas pomogło dosłowne wtłaczanie wody.
Sam lot, zależy jak długo trwa – da się jako tako okiełznać. Małe dzieci przez większość czasu mogą spać.
Lądowanie.
Podchodząc do lądowania mogą pojawić się kłopoty. Wtedy wszystkim zatykają się uszy. Jeśli nie przełykamy na bieżąco ból może być nieznośny. Nie mam pojęcia co może się stać, kiedy nie przełykamy.
Kiedy małe dziecko jest na cycku, podczas lądowania podtykajcie dzieciakowi go co chwila. Czasami nawet na siłę. Ważne by dzieciak przełykał. Kiedy już pije coś innego, to miejcie ze sobą osobny zapas picia na samo lądowanie.
Kiedy Synek podrósł problemów było mniej. Dało mu się wytłumaczyć przed lotem, że kiedy uszy zaczną boleć ma przełykać. Zresztą każdy trening czyni mistrza.
Jeżeli ten wpis okazał się pomocny lub jeśli masz własne doświadczenie związane z lotem – napisz w komentarzach.
Najnowsze komentarze