tatablog.pl

czyli spojrzenie Taty na całe to zamieszanie

Rodzina na wakacjach więc zostałem sam. Co to może oznaczać?

WIELE.

Po pierwsze fakty:
- rodzina ma zapewniony byt a więc cała moja troska o nich, w chwili obecnej, sprowadza się do wykonania jednego lub paru telefonów dziennie,
- rodzina jest daleko,
- dnie spędzam w pracy a wieczorami jestem sam.
Hmm.

Postanowiłem więc zrobić listę rzeczy, które może robić samotny tata. W pierwszym odruchu wydaje się, że to mogą być jakieś chore rzeczy… Przypomina mi się piosenka Kult’u: ‘Gdy nie ma dzieci’:

Ta-a ta ta ta ta-a,
Ta-a ta ta ta ta-a,
Ta-a ta ta ta ta-a,
Ta-a ra ta ta ta,
Jedna flaszka, druga flaszka i też trzecia, kurde bele, leci
Dom stoi zupełnie pusty nocą kurzą się dookoła rupiecie

Z drugiej strony rozsądnie by było ponadrabiać jakieś zaległości, na które nie ma szans na co dzień. Np:

  • porządne się wyspać
  • umówić się z kumplami na jakąś noc w mieście i dopiero wtedy porządne się wyspać
  • dokończyć składanie coraz to bardziej rozebranego motocykla z powrotem do kupy, żeby później trochę pojeździć
  • ponudzić się! – nie to chyba nie możliwe, bo zawsze jest ‘coś’

O książkach i filmach nie wspominam bo to wiadomo.

Wszystko to cacy ale muszę przyznać, że jak tylko gdzieś wyjeżdżają (rodzina znaczy się) to zwyczajnie brak mi tych mordek – umorusanej i obślinionej (Młody właśnie ząbkuje).

Po wakacjach – podsumowanie

Jakieś 2 miesiące temu cieszyłem się jak dziecko (wpis o wakacyjnych rozmyślaniach) na myśl o spędzaniu wspólnego czasu z własną rodziną. Przyszedł czas na podsumowanie i zrewidowanie pierwotnych poglądów o wspólnym wypoczynku.

Pierwszy wniosek jest taki, że wakacje, jakie by nie były, muszą trwać co najmniej 2 tygodnie. Nie wiem jak inni ale ja potrzebuję minimum jednego tygodnia wakacji by dopiero je poczuć. Bierze się to stąd, że na co dzień tak bardzo jesteśmy zaangażowani w bieżące sprawy, że na oderwanie się od nich potrzeba trochę czasu. I to bardziej, niż nam się wydaje. Mam wprawdzie znajomego, który twierdzi, że jemu zabiera to ok 3 sekund, ale on bardzo często wyjeżdża na wakacje, więc to się nie liczy.

Druga refleksja jest dla mnie zaskakująca, choć dla każdego wielodzietnego rodzica to żadna nowość. Byliśmy całą grupą osób z czego dużo rodziny i paru znajomych. we czwórkę. Ja, Synek [2L10M], jego braciszek, czyli Młody [4M] i Mama. Wydawało mi się, że będziemy spędzać ten czas razem. Okazało się, że ja spędzam czas z Synkiem a Mama z Młodym. Powodem tego były zupełnie inne rytmy dnia i potrzeby dwójki dzieci.

Zdarzało się, że spały razem w ciągu dnia ale było to raczej przez przypadek.

Zupełnie nie zdawałem sobie z tego sprawy. Szkoda bo to jak dla mnie duży minus całego wyjazdu. Czas przyzwyczaić się do zmian :)

Ale po kolei

Po pierwsze lot samolotem z małym dzieckiem to absolutnie żaden problem. Trzeba być tylko do niego dobrze przygotowanym. Mówię o niezbyt długich lotach, takich do 5 godzin. Nie wiem jak wyglądają długie loty z przesiadkami. Myślę, że to one są prawdziwym wyzwaniem. Trzeba jeszcze wziąć pod uwagę transfery z lotniska na miejsce. Te potrafią trwać. Oczywiście człowiek nie jest taki, żeby nie dał rady ale długi lot z przesiadkami może być mordęgą.

Po drugie wakacje strasznie zbliżają. Mówię o sobie w odniesieniu do dzieci, bo po prostu można z nimi przebywać, tzn. uczestniczyć we wszystkich aspektach życia codziennego. A tego na co dzień nie ma. Można razem budować jamy z kołdry, razem jeść, razem poznawać nowy świat i bawić się w nieskończoność.

I właśnie ten czynnik powoduje, że tak lubię wakacje. Fajne jest też to, że dzieci a raczej Synek zbliżył się do Młodego. Zaczął go zauważać a nawet trochę pomagać.

Brakuje mi tylko tego elementu bycia razem we czwórkę. Jak się okazuje jest o to bardzo ciężko. Albo może zwyczajnie się jeszcze nie nauczyliśmy jak to robić. Nauka czyni cuda, czyli potrzeba więcej wakacji.

Jakie to proste :)

Rodzina S.A.

No właśnie.

Z ekonomicznego punktu widzenia instytucja Rodziny niewiele różni się od spółki kapitałowej. Podobnie jak w spółce mamy więc zarząd, radę nadzorczą i udziałowców lub akcjonariuszy. Zarząd to Zarząd – wiadomo, ma Prezesa lub w tym konkretnym przypadku częściej Prezesową.

Rodzina S.A. posiada też budżet, plany rozwojowe, inwestycyjne, itd. I w sumie na tym podobieństwa się kończą. Dalej sytuacja nieco się gmatwa.

Radę Nadzorczą stanowi właściwie wyłącznie Zarząd. W skrajnych przypadkach Radę tworzą też Doradcy. Najbliżsi, naturalni doradcy to Dziadkowie lub Teściowie. Zarząd składa się wyłącznie z pracowników, z czego najczęściej połowa z nich stara się przysporzyć spółce korzyści majątkowych a reszta Zarządu, który tworzy najczęściej Prezesowa, poświęca się doskonaleniu i zrównoważonemu rozwojowi reszty akcjonariatu.

Mówiąc o akcjonariacie dobrze wspomnieć też o dywidendach. W Rodzinie S.A. Decyzja o wypłacie dywidend jest dość prosta. Z reguły dywidenda pozostaje w spółce i jest przeznaczana na tzw. inwestycje, szeroko rozumiane jako… zakupy.

Zakup domu, samochodu, telewizora, wyjazdu na wakacje, czy nawet wacików. Dzięki temu teoretycznie akcjonariuszom żyje się lepiej. Chciałbym tu zaznaczyć jedną ważną rzecz. Dywidendy mogą być wypłacane gotówką akcjonariatowi.

Pracujący Zarząd też do niego należy! Prezesowi też należy się gotówka i to nie ta rozumiana jako wspólne wykorzystanie dywidend na ‘cele inwestycyjne’. Mówię o normalnych, żywych, szeleszczących banknotach w kieszeni.

Panuje mylne przekonanie, że gotówka w kieszeni Prezesa powoduje jego nieprzewidziane, niekorzystne dla spółki konsekwencje. Nic bardziej mylnego!

Apeluję do reszty Zarządu i Rady Nadzorczej aby część dywidend wypłacać bezpośrednio Prezesom. Oni potrzebują regularnie spotykać się z innymi Prezesami aby omawiać ważne aspekty rozwojowe, oszacować kwestie zarządzania ryzykiem i przedyskutować sprawy związane z obecną sytuacją rynkową.

Przecież z takich spotkań jasno wynikają same korzyści.

Niedługo jedziemy na wakacje.

Jak się zastanowić to właściwie oprócz wyjazdów właśnie, na co dzień niewiele mamy czasu dla siebie. Pamiętam jak dziś poprzednie wakacje z Synkiem (Refleksja z wielkiej piaskownicy). Siedzieliśmy sobie na plaży i było super. Teraz znów jedziemy i znów będzie szansa zacieśnić więzi i zwyczajnie pobyć trochę razem.

Ma to dla mnie duże znaczenie ponieważ zdaję sobie sprawę, że czasu jest w sumie niewiele. Każdy rodzic traktuje swoje dziecko trochę jak swoją własność. A ta własność niedługo zacznie mieć swoje sprawy i przestanie ją obchodzić własny stary.

Co więcej, niedawno szperałem trochę po rodzinnych forach i wpadłem na trop wątków dotyczących więzi rodzinnych. W większości przypadków forumowicze twierdzili, że mają bardzo słaby kontakt z rodziną. Część mieszka daleko od siebie i ma słabe możliwości odwiedzania się. Może to i smutne ale jeśli to prawda, jest spora szansa na to, że i moje dzieci wyrzuci gdzieś daleko.

Dlatego zamierzam cieszyć się każdą chwilą z dziećmi. Może histeryzuję, pomyślicie. Niech i tak będzie. Ale na pewno każdy z Was, rodziców, przyzna mi rację, kiedy mu powiem jak czas szybko ucieka. Po dzieciach widać to najlepiej. Młody niedawno się urodził a dziś waży już 2,5 raza więcej niż na początku. I jest to zupełnie normalne a nawet wskazane. W przypadku dorosłej osoby taki przyrost mógłby okazać się niewłaściwy.

W związku z tym aby więcej przebywać z dziećmi widzę trzy wyjścia. Albo przeprowadzić się gdzieś do dżungli amazońskiej i polować z własnymi synami, biegając szczęśliwie odzianym tylko w bambusową rurkę, albo spędzać z nimi więcej czasu na co dzień albo wyjeżdżać z nimi częściej na wspólne wakacje.

Sądzę, że w dzikiej dżungli dałbym radę przeżyć, zakładając oczywiście korzystny scenariusz, jakieś 18 sekund. A to stanowczo za mało na upolowanie czepiaka na kolację. A gdyby nawet udałoby mi się przeżyć, to zaraz potem jeden z synów musiałby udowodnić publicznie swoje męstwo rzucając w drugiego skałą albo coś w tym guście. Dlatego, mimo pozornych niewielkich kosztów inwestycyjnych (koszt kursu zdmuchiwania posiłków z gałęzi), to rozwiązanie raczej odpada.

Drugie rozwiązanie, wbrew pozorom, też nie jest wcale proste do osiągnięcia. Jak bowiem można racjonalnie pogodzić codzienny tryb życia z przebywaniem z najbliższymi? Zakładając oczywiście, że codziennie chodzi się do pracy, później załatwia się ‘sprawy’ i nie jest się Panem Januszem z góry, który ma nieograniczony czas bo po prostu nic w życiu nie robi?

Jeśli chodzi o trzecie rozwiązanie – wspólne wakacje, to czas jaki możemy na nie poświęcić, jest wprost proporcjonalny do czasu jaki angażujemy w drugie rozwiązanie. Czyli im więcej wakacji potrzebujemy, tym więcej musimy pracować by na nie zarobić. Nie licząc Pana Janusza oczywiście.

W związku z tym, wydaje się, że wspólne wakacje są kwintesencją spędzania czasu z rodziną. Co prawda czasami trudno w to uwierzyć analizując wakacyjne zachowania rodzin. Tak mi jednak jasno wynika ze wstępnej analizy.

Dlatego bardzo cieszę się na wspólne wakacje.

Box

Domowe sposoby na zbicie temperatury u dzieckaCo może przydać się podczas lotu samolotem z małym dzieckiemPodróż samochodem z małym dzieckiem - jak się przygotować, żeby przetrwać

Facebook