tatablog.pl

czyli spojrzenie Taty na całe to zamieszanie

Pojawiło się światło w tunelu.
Nawiązując do wcześniejszego wpisu o poszukiwaniu przedszkola muszę powiedzieć, że mamy już własny typ.

Mamy zaklepane miejsce w przedszkolu prowadzącym zajęcia w systemie montessori. Co to jest – łatwo wygooglać. Ogólne zasady mówią, że dziecku daje się swobodę w działaniu i rozwoju. Zasada bardzo nam bliska. Zobaczymy jak wyjdzie w praniu. Podczas testów (zebranie otwarte) bardzo mu się podobało ale mój niepokój budzi fakt, że jest teraz strasznym ‘mamisynkiem’. Wystarczy, że Mama zniknie za rogiem a ten w bek.

Okaże się, i możliwe, że już niedługo. Może niecałe 2 lata [21M] to za mało na przedszkole. Nic na siłę. Bardzo byśmy nie chcieli powtarzać sytuacji z początku grudnia 2008. Na pewno napiszę o tym.

Nawiązując do niedawnego wpisu: W poszukiwaniu przechowalni… właśnie wróciliśmy z rozmowy z ‘Główno-Dowodzącą Ciocią’ jednego z takich miejsc, czyli żłobka.

‘Ciocia Generał’ zaczęła od przedstawienia oferty, później powiedziała, że ‘nie będzie nas oszukiwać: normalne jest, że dzieci chorują‘, że ‘prowadzi takie miejsca od ośmiu lat‘ i w związku z tym uważa, że ‘rodzice powinni zostawać za drzwiami‘, żeby ‘nie burzyć zajęć‘.

Musimy wszystko przemyśleć, ale na gorąco po wizycie mam wrażenie, że to jednak nie to. Po pierwsze grupy dzieci są ogromne. Omietliśmy wzrokiem niewielki pokoik, w którym była zdecydowanie za duża ilość dzieci na m2.

Może sam się nakręcam ale nadal pozostaje pula pytań, typu:

  • czy rzeczywiście wszystkie dzieci w takich miejscach muszą chorować?
  • czy grupy muszą być aż tak liczne z tak nielicznymi ‘Ciociami’ do obsługi?
  • czy w związku z tym może lepiej szukać kogoś, kto by przychodził do nas do domu na parę godzin zająć się Synkiem?
  • ale z drugiej strony lepiej by było, żeby Synek chodził jednak do innych dzieci i miał z nimi interakcję, szczególnie, że bardzo to lubi,
  • jak to pogodzić z innymi zajęciami (muzyka i basen), skoro ‘Ciocia Dowodząca’ nie zgadza się na podrzucanie dzieci po południu?
  • i jak w związku z tym wszystkim osiągnąć zadowalający kompromis?

Bardzo chcemy coś zmienić ale nie wszelkim kosztem.
A może za bardzo się przejmujemy?

Pytania można mnożyć i jeśli ktoś z Was ma już takie doświadczenia za sobą to bardzo proszę o podpowiedzi.

W poszukiwaniu przechowalni

Temat żłobka wraca jak bumerang.
A właściwie nie żłobka, bo ciężko nam myśleć o tamtym temacie. (dla przypomnienia pisałem już o żłobku i o tym co z tego wynikło).

Chodzi raczej o przyjazną przechowalnię.
Powody są różne. Jednym z nich jest fakt, że Mama musi mieć więcej czasu dla siebie. Drugim jet to, że Synek naprawdę bardzo lubi towarzystwo. Ostatnio podczas spacerów Mamy z Synkiem po naszej okolicy, otworzyły się nowe możliwości.

Przechowalnia dla dzieci to ostatnio temat modny, a co ważniejsze intratny. Dlatego takie miejsca powstają jak grzyby po deszczu. Najważniejsze jest to, że nowe poszukiwania zaowocowały między innymi takimi nazwami: Domowe Ognisko dla Dzieci, Pluszandia, Muślinowa Kraina, Spokojnie Rodzice – nic mi nie będzie, Śliwkowa Opuchlizna czy Mały Negocjator.
Albo przynajmniej tak mi się wydaje.

W jednym z takich miejsc Synek od razu poleciał bawić się z tamtejszymi dziećmi. To dla nas ważne, żeby uczył się interakcji z innymi dziećmi. Na co dzień niewiele jest takich możliwości.

Problemem są choroby. Teraz, kiedy wyszedł z kataru szkoda by było, gdyby nagle znów go coś dopadło. Znajomi właśnie rezygnują z przedszkola dla swojej córeczki. Nie ma znaczenia czy jest to prywatne przedszkole czy nie. Reguła jest taka, że po paru dniach dziecko łapie na dwa tygodnie jakieś wirusy. Później znów na kilka dni do przedszkola i znów dwa tygodnie z gorączką w domu.

Niby wszyscy to wiedzą. Ale jak w takim razie to się normalnie odbywa? Czy ktoś zna taką zbiorową przechowalnię, gdzie dzieci nie chorują?

Jeśli wszystko się ułoży, Synek będzie chodził w któreś z tych miejsc już na wiosnę.
Jesteśmy dobrej myśli. O szczegółach napiszę jak tylko coś się wyklaruje.

Szkoła Muzyczna YAMAHA

Mam mieszane uczucia.

Do szkoły muzycznej YAMAHA Synek [17M] chodzi już parę miesięcy. Jest ‘po sąsiedzku’ więc jest bardzo wygodnie. Do tej pory z Synkiem na zajęcia muzyczne w Szkole YAMAHY chodziła Mama.
Na ostatnie zajęcia w zastępstwie poszedłem ja.

Na naszych zajęciach był jeszcze jeden dziesięcio-miesięczny chłopiec. W sumie dwójka. Może to wina okresu przedświątecznego.

Mieszane uczucia mam dlatego, że wg mnie Synek się nudził. Pokazał, że umie chodzić jak słoń i skakać jak myszki ale był zainteresowany wszystkim dookoła tylko nie zajęciami.

To są zajęcia z Foczką ‘Robby’, czyli dla dzieci od 4 miesiąca życia. Prowadząca Pani rozłożyła kocyk chcąc by dzieci na nim siedziały i skupiły się na instrumentach (grzechotki, talerze i co tam jeszcze).

Młodszy chłopiec nie umie jeszcze chodzić więc jasne, że nigdzie nie poszedł. Za to Synek nie mógł usiedzieć. Latał po całej salce. Bardziej go interesował termostat przy kaloryferze niż piosenka o padającym śniegu.

Nie był przy tym niegrzeczny czy nieznośny. Był po prostu ciekawy.
U nas w domu jest dużo muzyki. Dzięki temu Synek umie na nią reagować np. kołysząc się, tupiąc czy tańcząć. Ciężko powiedzieć czy to zasługa Szkoły Muzycznej YAMAHA czy domowego podejścia.

Nie mogłem na ten temat porozmawiać z Panią prowadzącą, bo przed zajęciami i po miała jakąś wizytację. Na razie nie mogę zrozumieć czemu służą te zajęcia. Wydaje się, że nie ma znaczenia, że dziecko niezbyt angażuje się w ich przebieg. Możliwe, że celem nie jest skupienie jego uwagi przez 45 minut. Natomiast nie było interakcji bo nie było z kim.

Możliwe, że to zajęcia nie dla niego. Namówię Mamę na zajęcia dla starszych dzieci. Kolejna grupa wiekowa dla dzieci od 18 miesiąca nazywa się ‘Szkraby i muzyka’. Pójdziemy razem. Zobaczymy jak będzie.

Przy okazji porozmawiam ze znajomą, która w którymś z tych japońskich systemów uczy. Z tym, że chyba w Szkole Suzuki. Są tam wprawdzie starsze dzieci, grające na skrzypcach, ale zapytać o podejście nie zaszkodzi.

Jak się czegoś dowiem – dam znać.

Poza tym czas zacząć z powrotem myśleć o żłobku lub o miejscu gdzie będą inne dzieci i więcej interakcji.

Cholerny katar

Jak to z katarem bywa, przypałętał się i nie chce się odczepić.
Zmienia się tylko jego forma od lejącej do galaretki. No i te różne kolory.

Bywają dnie, że bardzo negatywnie wpływa na samopoczucie Synka. Oddech ma płytki i szybki. Przez to jedzenie też jest problemem. Najgorszy jest towarzyszący kaszel, który wynika z kataru.

Katar jest zatem zły a notoryczny katar może zamienić się w coś gorszego. Trzeba z nim walczyć. Tylko jak? Na profilaktyce katarowej nie znam się.

Wiem natomiast, że podczas szkoły rodzenia ktoś polecił tzw Fridę. To dziwne urządzenie produkcji szwedzkiej wydaje się jednak niezwykle skuteczne w działaniu. Kiedyś były ‘gruszki’. Teraz z pomocą nadciąga Frida. Jej tajemnica polega chyba na końcówce, która dobrze przylega do noska. Poza tym jest dość higieniczna, ponieważ łatwo się ją czyści.

Jednak najważniejszą jej zaletą jest niewielka i bezpieczna inwazyjność. Synek też to docenia, nie marudzi, kiedy sie jej używa a czasem nawet sam na nią pokazuje, że czas już użyć.

Przyznam się, że z jakiegoś powodu nie jestem w stanie tego używać. Mamie za to idzie bardzo dobrze. No cóż. Jestem pewien, że inne mamy, którym raz z pomocą przyszła Frida, już się jej nie pozbędą.

frida, aspirator do nosa

Frida do nosa przyda się w każdym domu gdzie jest małe dziecko.

Facebook